O tarnobrzeskiej piłce, o koszykówce, a przede wszystkim tarnobrzeskim sporcie...
RSS
wtorek, 30 grudnia 2014

Koniec roku to zawsze czas podsumowań, wszelakich plebiscytów i analiz dokonań tego, co wydarzyło się przed ostatnie 12 miesięcy. Rok 2014 był wyjątkowy i szczególnie udany ze względu na wielkie sukcesy polskich sportowców. Już dawno nie mieliśmy aż tylu powodów do radości przez 12 miesięcy. Złote medale na Igrzyskach Olimpijskich w Soczi wywalczone przez Justynę Kowalczyk, Zbigniewa Bródkę i oczywiście Kamila Stocha, który do swojej kolekcji dorzucił również kryształową kulę. Rewelacyjni kolarze (Majka i Kwiatkowski), którzy dokonali wielkiego przełomu w tej dyscyplinie. Fantastyczni siatkarze, którzy w znakomitym stylu zostali Mistrzami Świata. A jakby tego było mało to piłkarska reprezentacja Polski po raz pierwszy w historii wygrywa z Niemcami i zalicza bardzo udany start w eliminacjach do EURO 2016. Do pełni szczęścia zabrakło chyba tylko tej Ligi Mistrzów. Legia okazała się jednak europejska wygrywając swoja grupę w Lidze Europy.

Zupełnie przeciwległym biegunem był nasz lokalny, tarnobrzeski sport, gdzie przez 12 miesięcy smakowaliśmy wielu porażek. Od tych mniejszych, po te nieco większe. Swoich szans nie wykorzystali przede wszystkim piłkarze tarnobrzeskiej Siarki, ale i również koszykarze Jeziora Tarnobrzeg. Z marzeniami o awansie lub utrzymaniu musiały się pożegnać również mniejsze zespoły z Tarnobrzega. 2014 rok to niestety czas zmarnowanych szans i niewykorzystanych okazji. Rok w którym tarnobrzeskie zespoły więcej traciły niż zyskiwały. 

Początek roku 2014 był kontynuacją tego, co zaczęło się dużo wcześniej. Ciągłe, koszykarskie upokorzenia na parkietach TBL, niekończące się porażki i walka o to aby nie zająć ostatniego miejsca. Cel został osiągnięty – Jezioro sezon zakończyło na przed ostatnim miejscu, co jest wynikiem kompromitującym biorąc pod uwagę skład i skalę możliwości klubu. Po raz pierwszy w ekstraklasowej przygodzie udało się znaleźć solidnego, tytularnego sponsora. Był więc budżet i co równie ważne skład, który w zgodnej opinii wielu koszykarskich ekspertów był najmocniejszym do tej pory. Zabrakło jednak odpowiednich ludzi na odpowiednich stanowiskach oraz profesjonalizmu, który w pewnym stopniu jest wymagany na tym poziomie rozgrywkowym. Zamiast tego była amatorka, podróże do Wrocławia w dzień meczu i tradycyjne już obarczenie całą winą zawodników, którzy zwyczajnie okazali się mało profesjonalni. Szkoda, że innym nie brakowało tego zawodowego profesjonalizmu w rujnowaniu wizerunku tarnobrzeskiej koszykówki.

Największe nadzieje w tym roku wszyscy pokładali w Siarce Tarnobrzeg. Tarnobrzeski zespół jesienią rozpieszczał swoich kibiców dobrą grą i równie dobrymi wynikami. Podopieczni Tomasza Tułacza wiosną mieli płynąć obranym kursem do celu - niejasnego dla wybranych, ale oczywistego dla kibiców. Wszystko szło po myśli. Było 9 punktów przewagi, aż do feralnej soboty i derbowego pojedynku ze Stalą Stalowa Wola. Skazywana na pożarcie Stalówka wygrała w Tarnobrzegu 2-1 otwierając tym samym piłkarską puszkę Pandory w Siarce. Tydzień później mecz z Garbarnią o mały włos nie skończył się porażką. Odroczenie wyroku z Krakowa nastąpiło kilka dni później w meczu z rozpędzonymi Wigrami. Później była już tylko nerwówka, gra z przysłowiowym nożem na gardle i w końcu przegrana w Siedlcach, która właściwie oznaczała koniec marzeń o awansie. Tylko niepoprawni optymiści liczyli na piłkarski cud w Suwałkach, ale niestety się go nie doczekali.

Trzecia pozycja Siarki Tarnobrzeg na koniec sezonu miała słodko-gorzki smak. Słodki, bo zespół wykonał olbrzymi skok jakościowy w stosunku do poprzedniego, katastrofalnego sezonu. Gorzki, bo zabrakło awansu, który wydawał się być dosłownie na wyciągnięcie ręki. Podobno w przyrodzie nic nie ginie i czasami sobie tak myślę, że w sporcie też jest podobnie. To co los daje, później zabiera, a suma szczęścia i pecha wychodzi zawsze na zero. Siarce licencyjny los mimo spadku pozwolił pozostać w II lidze. Zbyt piękne, żeby było prawdziwe byłoby więc rok później cieszyć się z awansu do I ligi.

Równie słabo, co końcówka poprzedniego sezonu wyglądała runda jesienna nowego sezonu. Siarka w zupełności nie przypominała zespołu, który poprzedniej jesieni grał niezwykle widowiskowo i skutecznie. Nie do końca trafione transfery i ciągłe kontuzje nie ułatwiały zadania nowemu trenerowi. Na ostateczną ocenę pracy Ryszarda Kuźmy, jak i jego zespołu trzeba będzie poczekać do końca sezonu. Rozpoczynający się za chwilę zimowy okres przygotowawczy może okazać się jednym z najważniejszych punktów tego sezonu. Wiosną zobaczymy na co tak naprawdę stać będzie Siarkę Tarnobrzeg. Obyśmy wreszcie mogli doczekać się kilku dobrych meczów, a przede wszystkim wygranej w derbowym spotkaniu. Na to chyba zbyt długo już czekamy w Tarnobrzegu.

Zmagania w niższych ligach to był mój nieodłączny, weekendowy element życia w 2014 roku. Oczywiście dużo przyjemniej mecze oglądało się wiosną, gdy aura sprzyjała, a na boisku decydowały się losy awansów lub spadków. Korki od szampanów niestety nie wystrzeliły na żadnym osiedlowym boisku w Tarnobrzegu. Najbliżej swojego upragnionego celu byli gracze Koniczynki Ocice, którym życzyłem awansu. Zwyczajnie na to zasłużyli swoją grą i postawą na boisku. Przed rokiem pogubili punkty jesienią i musieli grać w barażach, gdzie okazali się słabi. W maju zaraz po meczu Siarki z Wigrami przegrali najważniejszy mecz i ponownie musieli szukać szans w barażach. Po raz kolejny jednak dodatkowe spotkania, decydujące o awansie okazały się pechowe. Koniczynka awans wypuściła z rąk w ostatnich minutach spotkania. Niech więc noworocznym postanowieniem w Ocicach będzie 1 miejsce i bezpośredni awans bez konieczności gry w pechowych barażach.

Kończący się rok niestety obfitował w bolesne upadki i spadki osiedlowych zespołów z Tarnobrzega. Iskra Sobów robiła co mogła wiosną aby uniknąć degradacji do B klasy. Potrzymaniem szans miał być baraż o utrzymanie, ale zespół z Sobowa mimo heroicznej walki w rewanżu okazał się gorszy. Na Iskrę w 2014 roku jednak patrzyłem z pewnym podziwem. Mimo beznadziejnej sytuacji kadrowej i ciągłych problemów organizacyjnych wywalczyli masę punktów. Do tego w swoich szeregach mieli prawdziwego, piłkarskiego generała. Mieczysław Ożóg mimo 48 lat na karku za każdym razem zadziwiał mnie swoim wybieganiem i boiskowym zaangażowaniem. 

Do prawdy zadziwiające rzeczy działy się w 2014 roku w Wielowsi i Mokrzyszowie. Kluby, które jeszcze nie tak dawno, w wielkim stylu święciły awanse do wyższych klas rozgrywkowych w tym roku z hukiem spadły. Skala zniszczeń w obu zespołach była ogromna. Sytuacja Wielowsi z meczu na mecz była tak dramatyczna, że utrzymanie się w klasie okręgowej graniczyło z cudem. Z każdym kolejnym meczem ubywało graczy wiec i ratunku nie było. Powrót do A klasy bez żadnego zwycięstwa na wiosnę. To na co pracowano wiele lat w Wielowsi zostało zaprzepaszczone w przeciągu kilku miesięcy.

Niewiele lepiej było w Mokrzyszowie, gdzie na trenerską karuzelę wskakiwali kolejni śmiałkowie. Udało się na niej utrzymać dopiero Marcinowi Stępniowi, który po spadku do klasy okręgowej przejął zespół po odroczonym w czasie spadku. Tak jak niegdyś w Sobowie, tak w tym roku w Mokrzyszowie IV ligowy poziom sportowy i organizacyjny okazał się zbyt wysoki dla piłkarzy, ale i chyba przede wszystkim działaczy klubu. W okręgówce jednak wypadałoby zostać i niech to będzie kolejne postanowienie noworoczne, tym razem dla piłkarzy z Mokrzyszowa. Zadanie nie łatwe, ale na pewno do wykonania.

Swoje jasne postanowienie z pewnością mieć będą rezerwy Siarki Tarnobrzeg na których wreszcie zaczęło chyba zależeć działaczom Klubu Sportowego. Awans do klasy okręgowej dla tej drużyny to priorytet, a dla juniorów klubu oczywiście dalszy rozwój, który doskonale procentuje w rozgrywkach juniorskich. Dzisiaj nikt nie pamięta, kiedy po raz ostatni zespół juniorów Siarki na półmetku rozgrywek prowadził w swojej lidze. A może być jeszcze lepiej i niech tak się stanie, bo piłkarski skok jakościowy dokonany przez zespół Macieja Wojnara widoczny był już wiosną.

Rozgrywki juniorskie w Tarnobrzegu to na pewno jeden z większych piłkarskich pozytywów w Tarnobrzegu w ciągu ostatniego roku. Zaniedbywany przez lata piłkarski proces szkoleniowy młodzieży wreszcie ruszył do przodu, a na pierwsze owoce tej pracy nie trzeba było długo czekać. Oprócz naprawdę dobrych wyników kilku młodzieżowych roczników do kadry narodowej U 12 powołanie otrzymał Jakub Jagiełło z którego w przyszłości możemy mieć wiele pociechy. 

Gdzie jeszcze szukać pozytywów w 2014 roku? Na pewno w tenisie stołowym. Ta dyscyplina od lat w Tarnobrzegu stoi na najwyższym poziomie. Zespół KTS Zamek SPAR, jak to w swoim zwyczaju wywalczył po raz 23 w historii tytuł mistrzowski nie ponosząc przy tym żadnej ligowej porażki. Zbigniew Nęcek stworzył nowy wymiar żeńskiego tenisa stołowego w Polsce. Do pełni szczęścia zabrakło tylko końcowego triumfu w europejskich pucharach, o który KTS zabiega już od wielu, wielu lat. Debiutancki sezon w Lidze Mistrzów wypadł jednak całkiem okazale. Tenisistki stołowe rywalizację w tych prestiżowych rozgrywkach zakończyły na etapie półfinału, co można uznać za ogromny sukces.

Nową nadzieją na przyszłość w 2014 roku stali się tarnobrzescy siatkarze. Po blisko 37 latach siatkówka w wydaniu męskim wróciła do Tarnobrzega pod herbem i nazwą Siarki Tarnobrzeg. Nowy rozdział na kartach historii tarnobrzeskiej siatkówki był całkiem udany. Siatkarze na IV ligowych boiskach częściej wygrywali niż przegrywali, wlewając tym samym w serca siatkarskich kibiców sporo pozytywnej nadziei na 2015 rok. Oby tej dobrej, pozytywnej nadziei nie zabrakło innym tarnobrzeskim zespołom w nowym roku. Niech ten 2015 rok będzie dla nas jak i dla tarnobrzeskich drużyn nieco lepszy od tego, który za chwilę się skończy.

Lepszego roku i udanego Sylwestra dla wszystkich! 

15:25, dante1002
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 grudnia 2014

 Zdjęcie - Grzegorz Lipiec

Nie ma w Siarce innej, takiej pozycji, na której zachodziłoby tyle zmian w tak krótkim czasie. Kilka miesięcy wystarczyło aby w tarnobrzeskim klubie zrezygnowano z usług swojego wychowanka oraz jednego z lepszych duetów środkowych obrońców w lidze. Po Dawidzie Koronie i Bartłomieju Makowskim piłkarskie walizki Mirosława Barana znalazły się za klubowymi drzwiami.

Tuż przed rozpoczęciem rundy wiosennej w poprzednim sezonie w Siarce zrezygnowano z piłkarskich usług Dawida Korony. Jeden z niewielu wychowanków tarnobrzeskiego klubu nie znalazł wówczas uznania w oczach Tomasza Tułacza, który szukał do gry piłkarzy wielofunkcyjnych, mogących grać na wielu pozycjach. Odejście Korony wówczas przyjąłem z dużym niezadowoleniem,. Pozbywanie się swojego wychowanka od zawsze budziło we mnie pewne uczucie pewnego rozgoryczenia. Żal był tym większy, że obrońca Siarki spełniał cechy, które najbardziej cenię u piłkarzy – walka, zaangażowanie i przede wszystkim boiskowa charakterność. Obrońca Siarki nie raz potrafił wsadzić głowę tam, gdzie inny piłkarz z pewnością nie dostawiłby nogi.

Po pewnym czasie oczywiście oswoiłem się z odejściem Korony. Trener miał swoją wizję, z którą mi, jako zwykłemu kibicowi trzeba było się pogodzić. Najważniejszy był rzecz jasna cel, a ten jak wiadomo nie do końca został zrealizowany. Potem przyszły kolejne kadrowe roszady, które wielkim zaskoczeniem nie były. Pożegnano się z tymi, którzy zwyczajnie zawodzili bądź też grali mało. Na dwa tygodnie przed startem nowego sezonu nastąpiła jednak jeszcze jedna, bardzo istotna zmiana. W klubie postanowiono rozstać się z Bartłomiejem Makowskim, bo ten najzwyczajniej w świecie nie prowadził się sportowo. Złośliwi oczywiście mogli zarzucić Makowskiemu nadwagę, ale jakie to miało znaczenie skoro na boisku Maka wraz z Mirkiem Baranem tworzyli jeden z najlepszych duetów środkowych obrońców w lidze. Makowski sporadycznie popełniał błędy na swojej pozycji. Wygrywał praktycznie każdy pojedynek główkowy i posiadał niezwykle istotną i ważną cechę dla środkowego obrońcy – umiejętność zabrania się z piłką na połowę rywala w celu rozegrania akcji. Krótko mówiąc nigdy nie zauważyłem aby to niezbyt sportowe prowadzenie się miało swoje konsekwencje na boisku w meczu ligowym.

Pół roku dłużej niż Makowskiemu dali popracować w Siarce innemu środkowemu obrońcy. Mirosław Baran najprawdopodobniej jeszcze tej zimy opuści tarnobrzeski klub. Ciężko w to uwierzyć, ale to niestety prawda. O ile odejście Korony dało się jakoś zrozumieć, przeboleć, o tyle rezygnacji z usług takiego obrońcy jakim był Mirosław Baran już nie. Pozbywanie się takiego piłkarza to jedna z najbardziej absurdalnych decyzji, jaką w ostatnim czasie zaserwował nam KS Siarka. Tego nie da się tak zwyczajnie ogarnąć rozumem. Mirosław Baran odkąd pojawił się w Tarnobrzegu był dla mnie jednym z najbardziej solidnych graczy w zespole.  Nigdy, jako obrońca nie schodził poniżej pewnego poziomu. Zawsze był gwarancją systematyczności i opanowania w tyłach. Niekiedy też potrafił umiejętnie znaleźć się w polu karnym rywala trafiając do siatki.

Po paru miesiącach swojej trenerskiej pracy w Tarnobrzegu Ryszard Kuźma postanowił wystawić piłkarskie walizki Barana za drzwi. Trudno jednak nie oprzeć się wrażeniu, że obu Panom nie do końca było po drodze. Baran, który miał niepodważalną pozycję w zespole na kilka kolejek przed końcem jesiennej rundy zasiadł na ławce. Nie podniósł się z niej już do końca sezonu. ustępując miejsca w składzie dużo młodszemu Bartoszowi Walencikowi, którego przyjście do Tarnobrzega jest do dzisiaj dla mnie pewną zagadką. Walencik w klubie zostanie, bo podpisał trzyletnią umowę. W klubie pojawi się też pewnie nowy obrońca. Już dzisiaj jednak nie mam wątpliwości, że na pewno nie będzie to obrońca lepszy niż Mirosław Baran.

Nieustanne roszady w linii defensywnej Siarki do tej pory niczego dobrego w klubie nie przyniosły. Pozbycie się Mirosława Barana oczywiście również niczego dobrego nie wróży, ale to już nie problem kibiców. Dla samego Ryszarda Kuźmy właśnie rozpoczyna się najtrudniejszy, ale i najważniejszy czas w dotychczasowej pracy z tarnobrzeskim zespołem. Od dobrze przepracowanej zimy, a także od zmian personalnych będzie wiele zależało wiosną. Kuźma pracę na swój własny, trenerski rachunek w Siarce zaczął od kadrowego trzęsienia ziemi. W razie niepowodzenia wiosną ziemia może ponownie się zatrząść, ale już pod jego stopami. Nie życzę mu oczywiście tego, ale pozbywanie się kogoś takiego jak Mirosław Baran to WIELKI błąd, którego może bardzo żałować. Osobiście już żałuję...

13:30, dante1002
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 grudnia 2014

 Zdjęcie - Grzegorz Lipiec

Mieli piękny sen: chcieli przeskoczyć jak największą ilość drużyn od dołu będąc ligowym autsajderem. Nikt przed sezonem nie dawał im szans, a oni tymczasem rozprawiali się z faworyzowanymi drużynami na Pomorzu. Pokonali Asseco, ograli Trefl i nie dali się pokąsać na własnym parkiecie Wilkom ze Szczecina. Śnili więc dalej w meczu ze Stelmetem, gdzie okazali się minimalnie słabsi. W Słupsku ten piękny, koszykarski sen dobiegł końca.

Jeziorowców z tego snu zbudził w sobotni wieczór zawodnik, dla którego Słupsk jest drugim domem. Jarel Blassingame lepszego powrotu do Czarnych nie mógł sobie wymarzyć.  Rozgrywający drużyny ze Słupka, który niedawno dołączył do drużyny pokozłował po czym wyszedł w górę i kapitalnym rzutem w ostatniej sekundzie dał zwycięstwo gospodarzom. Gryfia eksplodowała.

Czarni nigdy nie mieli w swoim zwyczaju przegrywać z ekipą Jeziora. Zawsze na parkiecie byli bezlitośni i zawsze też wygrywali.  Sama Gryfia to jeden z tych obiektów w Polsce, którego nie udało się zdobyć Jeziorowcom. Z hali w Słupsku, gdzie według większości gra się najtrudniej tarnobrzeska drużyna nigdy nie miała dobrych wspomnień. Zarówno pod wodzą Bogdana Pamuły jak i Dariusza Szczubiała nigdy nie udało się nawet dobić do takiej różnicy punktowej, która pozwalałaby myśleć o wygranej. 

Energa Czarni Słupsk to już jednak nie ten sam zespół, który jeszcze nie tak dawno rywalizował o medale. Potwierdzają to wyniki osiągane w tym sezonie. Ledwie cztery wygrane spotkania w tym sezonie i trzy ostatnie porażki z rzędu w ostatnim czasie sprawiły, że w Słupsku pożegnano nielubianego szkoleniowca Dejana Mijatovicia. Roszada na stanowisku trenera oraz zmiana rozgrywającego w mobilizujący sposób podziałała na Czarnych.

Gospodarze z przekroju całego meczu byli zespołem lepszym. Prowadzenie, które objęli od samego początku przez większą część spotkania było niezagrożone. W pewnym momencie przewaga Czarnych wynosiła 18 punktów. Gdy wydawało się, że drużynie z Słupska już żadna krzywda nie może się w tym meczu stać, Jeziorowcy rozpoczęli prawdziwy pościg za rywalami. Na tyle skuteczny, że byli w stanie objąć prowadzenie na minutę przed końcem. Niestety ostatnia, popisowa akcja meczu należała do graczy ze Słupska, a konkretniej do Jarela Blassingame.

Do zwycięstwa gospodarzy, którzy prowadzili od początku meczu wydatnie przyczynił się kapitan Jeziorowców, Kevin Wysocki. To jego strata na sekundy przed końcem okazała się brzemienna w skutkach. – W końcówce Wysocki nie zrealizował naszych założeń przy wybiciu piłki i dwa razy na siłę starał się podać do Johnsona – tłumaczył na konferencji Zbigniew Pyszniak. Kapitan Jeziora w najważniejszym momencie meczu zawiódł. Nie po raz pierwszy i zapewne nie po raz ostatni. Wysocki od początku sezonu sprawia wrażenie zawodnika mającego wielkie przekonanie do własnych możliwości. Funkcja kapitana chyba jeszcze bardziej go w tym utwierdziła. Niestety ligowa rzeczywistość szybko zweryfikowała jego przeciętne umiejętności.

O ile minimalna porażka ze Stelmetem wśród kibiców przyjęta została w miarę pozytywnie, o tyle przegrana z Czarnymi pozostawia ogromny niedosyt. W Słupsku po raz pierwszy w historii pojedynków obu drużyn udało się nawiązać walkę z gospodarzami. Niestety ta doskonała okazja na kolejną, sensacyjną wygraną została  w brutalny sposób zmarnowana przez bezsensowne pozbycie się piłki. 

Porażka w Słupsku wstydu nie przynosi, ale na pewno boli. Po sześciu klęskach na początku rozgrywek obraz Jeziora nieco się zmienił. Dzisiaj nikt raczej nie pozwoli sobie na lekceważenie rywala z Tarnobrzega. Nie zmieni tego na pewno porażka w Słupsku. Jeziorowcy dalej sprawiają wrażenie drużyny nieobliczalnej, która może napsuć sporo krwi nie jednemu faworytowi. Największym problemem zespołu i jednocześnie realnym zagrożeniem jest bardzo wąska rotacja. W 7-osobowym składzie niezwykle ciężko będzie utrzymać obecny, lepszy stan pod tarnobrzeskim koszem.

Trzy zastrzyki szczęścia i poczucie spełnienia w meczu ze Stelmetem sprawiły jednak, że nad Jezioro wróciła wiara, nadzieja i optymizm. Pojęcia, które przez niemal cały rok były obce dla tego zespołu nagle znalazły swoje zastosowanie. Nieoczekiwane wyniki zbudowały dobrą atmosferę, która mogła zostać podtrzymana po sobotnim meczu w Słupsku. Niestety Jeziorowcy ponownie przegrali ostatnim rzutem. To musiało boleć. Rozpamiętywanie sobotnich wydarzeń jednak większego sensu dzisiaj nie ma. Najlepszym ukojeniem tego bólu może być najbliższe spotkanie we Włocławku. Problem w tym, że Anwil zapomniał już o fatalnym starcie i powoli pnie się w górę. W Hali Mistrzów, która również nigdy nie została zdobyta przez drużynę z Tarnobrzega zdecydowanym faworytem będą gospodarze.

01:32, dante1002
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 grudnia 2014

LZS Żabno, który po roku przerwy znowu chce wrócić do A klasy? Koniczynka Ocice, która wreszcie chciałaby uniknąć barażowego widma? Iskra Sobów, która po piłkarskich przejściach wreszcie postawiła na stabilizację? Czy może mający spore możliwości i aspiracje Kolejarz Knapy? A może będzie atak z drugiego szeregu i go gry włączy się jeszcze Żupawa lub Łęg Kopcie? Jedno co dzisiaj pewne to fakt, że już dawno walka o awans w B klasie nie zapowiadała się tak ekscytująco, jak tej wiosny.

Rozgrywki B klasy w tym sezonie to swoista kraina kontrastów. Z jednej strony – kilka najsolidniejszych klubów, które rywalizują o awans. Z drugiej – takie, które starają się gonić czołówkę. I na końcu – takie, które ledwo wiążą koniec z końcem. W rundzie wiosennej pewnie nic się nie zmieni. Pod jednym względem jednak tegoroczne rozgrywki są wyjątkowe. W porównaniu do poprzednich sezonów już dawno nie byliśmy świadkami tak zaciętej rywalizacji o A klasę. Awans z reguły w każdym sezonie był wewnętrzną sprawą dwóch drużyn. W tym sezonie to się zmieniło, a rozgrywki po rundzie jesiennej przypominają równanie z czterema niewiadomymi. Na ostateczny wynik będziemy musieli poczekać kilka miesięcy. Już dzisiaj jednak można śmiało stwierdzić, że poszerzenie B klasy do 14 zespołów sprawiło, że o przepustki do A klasy jest dużo trudniej niż w poprzednim sezonie.

Na jakość i rywalizację w rozgrywkach szczególnie wpłynęły drużyny, które w tym sezonie dołączyły do ligi. Spadkowicze z B klasy, czyli Iskra Sobów, LZS Żabno i po raz kolejny dołączona do tej grupy rozgrywkowej KS Żupawa. Wszystkie trzy zespoły jesienią odgrywały znaczące role w lidze. O ile pozycja pierwszych dwóch drużyn dla nikogo nie była wielkim zaskoczeniem,  o tyle obecność w czołówce KS Żupawy już tak. Ambitny trzylatek (klub powstały w 2012 roku) w rundzie jesiennej odniósł 8 zwycięstw notując przy tym kapitalną passę 10 spotkań bez porażki. Żupawę jesienią zatrzymały jedynie drużyny z czołówki. Rąk jednak z tego powodu nikt nie załamywał, a wręcz przeciwnie. Bardzo dobra runda jesienna dla Żupawy to tylko dodatkowa zachęta do jeszcze cięższej pracy w okresie zimowym. W zaskakująco, jak na tą ligę szerokiej kadrze jest zdrowa sportowa rywalizacja, która wiosną może przynieść równie pozytywne skutki co jesienią. W Żupawie co wydaje się być równie zaskakujące jest swoisty klimat tworzony przez najliczniejszą w tych rozgrywkach grupę kibiców. Miejscowi, zagorzali fani meldowali się niemal na każdym spotkaniu wyjazdowym swojej drużyny. Imponująco wyglądały zwłaszcza dwa ostatnie mecze rozgrywane w delegacji. W Sobowie na meczu zespół wspierała 75 osobowa grupa sympatyków. W Knapach fani Żupawy stawili się w ponad 50 osobowej grupie. 

Na tak liczne wsparcie nie mogą liczyć spadkowicze z A klasy, którzy w nowej, nieco gorszej rzeczywistości jesienią radzili sobie całkiem przyzwoicie. Liderujący w rozgrywkach B klasy zespół z Żabna kroczył od zwycięstwa do zwycięstwa, aż do pojedynku w Sobowie, gdzie lepsza okazała się Iskra. Dla Ludowego Klubu Sportowego była to pierwsza i jak się później okazało ostatnia porażka w rundzie jesiennej. Lider jedyne punkty jesienią tracił na rzecz tarnobrzeskich zespołów. Po przegranej z Iskrą cenny remis w Żabnie wywalczyła Koniczynka, która na półmetku rozgrywek traci do lidera 2 punkty. Pozostałe spotkania zespół Tomasza Krasonia wygrywał odnosząc tym samym najwięcej (11) zwycięstw rundzie jesiennej. Duma gminy Radomyśl nad Sanem do wiosennego wyścigu o B klasę ruszy nie tylko z pozycji lidera, ale i również najpoważniejszego faworyta do awansu. W Żabnie chęć szybkiego powrotu na boiska A klasy jest ogromna. W klubie jeszcze przez ten tydzień odbywają się luźne gierki treningowe. Błyskawicznie też rozpisano plan przygotowań i sparingów, które zespół rozgrywał będzie od lutego. Pęd do awansu jest tak duży, że w klubie zadbano również o nowe stroje.

Najpoważniejszymi rywalami w walce o awans dla ekipy z Żabna wydają się być po rundzie jesiennej tarnobrzeskie zespoły. Zdegradowana do najniższej klasy rozgrywkowej od niepamiętnych czasów Iskra Sobów i bezskutecznie dobijająca się do drzwi A klasy Koniczynka Ocice. W Sobowie postawiono na stabilizację. Klub wreszcie ma pełny skład, który przed sezonem uzupełniło wielu doświadczonych i ogranych zawodników. Największym zaskoczeniem było przyjście Marka Kulczyckiego, który z powodzeniem grał na dużo wyższym poziomie rozgrywkowym niż B klasa. Iskra wreszcie przestała również być zespołem ''bezdomnym''. Po 4 latach piłka wreszcie wróciła do Sobowa, gdzie niektórzy pewnie pamiętają jeszcze smak IV ligi. Lata świetności klub z ulicy Bema ma już za sobą, ale w Sobowie nikt dzisiaj tego nie rozpamiętuje.  Many Stasiak, będący najważniejszą osobą w Iskrze po spadku przed zespołem nie stawiał żadnych celów na nowy sezon. Runda jesienna jednak cel ten wyraźnie drużynie z Sobowa nakreśliła.

Swój sportowy cel, niezmienny od kilku sezonów ma Koniczynka Ocice, która od dwóch sezonów bezskutecznie próbuje przebić się do A klasy. Problem w tym, że od tych dwóch lat nad zespołem Mariusza Łukawskiego ciąży prawdziwe barażowe fatum. Przegrane dość wyraźnie dodatkowe spotkania ze Spartą Groble przed dwoma laty już dawno odeszły w zapomnienie. Trudno jednak wymazać z pamięci to, w jaki sposób Koniczynka przegrała awans kilka miesięcy temu. Strata dwóch bramek w ostatnich minutach spotkania w Sarzynie kosztowała utratę miejsca w upragnionej A klasie. Nowy sezon pokazuje jednak, że w Ocicach wiary w odniesienie końcowego sukcesu nic nie jest w stanie zabić. Mimo ogromnego pecha w klubie nadal jest bardzo dobra atmosfera i co najważniejsze dobre wyniki. Koniczynka podobnie jak lider z Żabna na własnym obiekcie nie poniosła porażki. Co więcej nie przegrała również żadnego spotkania ze ścisłą czołówką ligi. Lekki, piłkarski kac, który udzielił się drużynie po barażach skutkował wpadką na inaugurację w Zakrzowie (0:3) i stratą punktów u siebie z Krzątką (2-2). Utrata punktów w tych spotkaniach kosztowała zespół z Ocic pozycję lidera na półmetku sezonu. Wiosną jednak terminarz będzie sprzymierzeńcem zespołu z Ocic. Praktycznie wszystkie spotkania z bezpośrednimi rywalami do awansu (poza Kolejarzem) Koniczynka rozegra na własnym stadionie.

O powrocie po dwóch latach przerwy do A klasy marzą piłkarze i kibice w Knapach. Wzmocniony przed startem rozgrywek Kolejarz w rundzie jesiennej wreszcie zaczął grać na miarę oczekiwań. Rozpędzoną, niebieską lokomotywę udało się zatrzymać dopiero Krzątce (7 kolejka). W dwóch kolejnych tygodniach niestety przyszły dwa przegrane spotkania z Iskrą i Koniczynką. Jakby tego było mało w Knapach wygrywał również lider rozgrywek z Żabna. Te trzy porażki w rundzie jesiennej znacznie skomplikowały sytuację Kolejarza, który zajmuje 4 miejsce ze stratą do 6 punktów do lidera. Różnica punktowa z pozoru do odrobienia w dwie kolejki, ale tych utraconych punktów będzie trzeba szukać przede wszystkim na obcych boiskach. Podopiecznych Adama Durlaka wiosną czekać będą nie łatwe wyjazdy do Żabna, Sobowa czy chociażby do Zakrzowa, gdzie o punkty zawsze jest trudno.

Spoglądając na terminarz rundy wiosennej śmiało można stwierdzić, że już początek wiosny zweryfikuje szanse zespołów szykujących się do ataku z drugiego rzędu (Kopcie, Żupawa, Zakrzów). Najbardziej fatalny układ gier bez wątpienia maja Ci pierwsi bowiem już na początek przyjdzie im się zmierzyć z najlepszą czwórką ligi. Niewiele lepiej mają podopieczni Bogusława Sroczyńskiego, który do swojego systematycznie jesienią wprowadzał młodych zawodników. Ten nieco odmłodzony zespół z Zakrzowa na dzień dobry czeka wyjazd do Ocic, a później rywalizacja z Knapami i wyjazd do Żabna. Rewelacyjnie spisującą się Żupawę w pierwszej kolejce przetestuje lider rozgrywek. Początek rundy wiosennej, która ma ruszyć 12 kwietnia da odpowiedź na to, czy ktoś jeszcze będzie w stanie włączyć się do rywalizacji o awans i ewentualny baraż.

Układ sił w B klasie po rundzie jesiennej podzielił się na pół. Pierwsze siedem zespołów oddaliło się od drugiej połówki na tabeli na taki dystans, że raczej trudno będzie dogonić Wspólnocie czy też Krzątce chociażby zespół z Zakrzowa. Zespól z Krzątki to jedno z największych rozczarowań rundy jesiennej w B klasie. 9 pozycja drużyny, która przez ostatnie dwa sezony zawsze była w ścisłej czołówce ligi to bez wątpienia spory zawód zarówno dla piłkarzy, jak i kibiców tego klubu. Jeszcze większe rozczarowanie z Komorowie, gdzie udało się zgromadzić zaledwie 9 punktów. Dla porównania runda jesienna w poprzednim sezonie Błękitnym przyniosła 25 ''oczek''. Poniżej oczekiwań również Wspólnota, która po katastrofalnym poprzednim sezonie wciąż nie może odnaleźć tego właściwego, ligowego rytmu. Zespoły z Tarnowskiego Woli czy Chmielowa wciąż trudzić się muszą ciułaniem punktów. Najgorzej jednak w Cyganach, gdzie samo przystąpienie do rozgrywek wiosną będzie można uznać za pewien sukces.

Na koniec dwa łyki statystyki. W 91 spotkań rozegranych w rundzie jesiennej piłka znajdywała miejsce w bramce 390 razy. Najbardziej efektowniej pod względem bramek grał Kolejarz, który strzelał najwięcej goli (49 bramek). Najlepszą linię defensywną według goli traconych w lidze miały zespoły Żabna i Sobowa. Najskuteczniejszymi strzelcami na półmetku sezonu są Krzysztof Barnaś z Koniczynki, który na swoim koncie zgromadził 14 bramek. Dorobek pewnie byłby bardziej pokaźny, gdyby napastnik z Ocic był nieco skuteczniejszy pod bramką rywali. Tuż za plecami Barnasia znajduje się Kamil Polek z Kolejarza Knapy, który jesienią 13 razy wpisywał się na listę strzelców.

Jesienna runda w B klasie zwiastuje nam niezwykle ciekawą, piłkarską wiosnę. Szczególnie ekscytująco zapowiada się walka o awans. Pierwsza część sezonu wskazała czterech poważnych kandydatów do A klasy. Różnice punktowe są jednak tak niewielkie, że wytypowanie miejsca, gdzie wystrzelą korki od szampanów za kilka miesięcy to jak wróżenie z fusów. Chętnych jest wielu, a miejsca właściwie dwa. Najbardziej prostym sposobem na awans wydaje się być droga wydeptana w poprzednim sezonie przez Ceramikę Hadykówka. Wygrać wszystkie spotkania wiosną i nie martwić się o nic. Tylko jak tego dokonać skoro w B klasie więcej drużyn, a i poziom wydaje się być dużo wyższy niż w poprzednim sezonie. Wszystko wskazuje na to, że meczów o pietruszkę wiosną w B klasie nie będzie. Dzisiaj jednak pozostaje odliczanie dni i wypatrywanie piłkarskiej wiosny w B klasie, która nadejść ma za cztery miesiące. 

04:00, dante1002
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 grudnia 2014

Zdjęcie - Grzegorz Lipiec

Do niedawna zespół Jeziora Tarnobrzeg w Tauron Basket Lidze był dostarczycielem punktów. Jeziorowców obijał praktycznie każdy, jak chciał i gdzie chciał. Z drużyną Zbigniewa Pyszniaka zwyciężali pretendenci do medali jak i ligowi nowicjusze. Do czasu. W listopadzie to właśnie zespół z Tarnobrzega stał się prawdziwą rewelacją tegorocznych rozgrywek.

Trener i prezes tarnobrzeskiego klubu do niedawna powątpiewał w jakiekolwiek zwycięstwo swojego zespołu w pierwszej części sezonu. Miał ku temu podstawy, bo skoro nie udawało się wygrywać w spotkaniach z beniaminkami to z kim tutaj szukać zwycięstw? Ostatnie tygodnie pod tarnobrzeskim koszem przyniosły jednak nieoczekiwany zwrot. Koszykarze nagle zaczęli sensacyjnie wygrywać w spotkaniach, gdzie byli raczej skazywani na porażkę.

Obalamy teorię sportu i koszykówki – mówił po trzecim z rzędu zwycięstwie z Sopocie z Treflem, szkoleniowiec Jeziora Tarnobrzeg Zbigniew Pyszniak. Trudno nie przyznać mu racji w sytuacji, gdy zespół grając w 7-osobowym składzie (3 Amerykanów, 3 Polaków, Ukrainiec w rotacji) wygrywa trzy mecze z rzędu i to na trudnych terenach w Gdyni oraz Sopocie.

Niewiele brakowało, a w sobotni wieczór koszykarska teoria po raz kolejny mogła zostać obalona. Jeziorowcy byli bardzo blisko sprawienia kolejnej, dużej niespodzianki. Do dogrywki z wicemistrzami Polski zabrakło celnego rzutu za trzy punkty, na który w ostatnich sekundach nie zdecydował się Daniło Kozłow. Mimo to minimalna porażka ze Stelmetem Zielona Góra nie może zepsuć kibicom koszykówki w Tarnobrzegu smaku ostatnich zwycięstw. Co więcej – jeszcze bardziej rozbudziła koszykarskie apetyty na dobre wyniki.

Nic w tym dziwnego. W ostatnim czasie kibice basketu w Tarnobrzegu mieli mało powodów do radości. Koszykarze od dłuższego czasu zawodzili przegrywając niezliczoną ilość spotkań. Tęsknota za zwycięstwami udzielała się w sobotę, gdy po raz pierwszy od niepamiętnych czasów w końcowych minutach wszyscy poderwali się do góry. Powodem tym razem nie było wcześniejsze opuszczenie hali, ale jeszcze większy tumult, który miał doprowadzić do dogrywki. Na 12 sekund przed końcem piłka zamiast w koszu po stronie Stelmetu znalazła się na aucie i wtedy stało się jasne, że kolejnej niespodzianki nie będzie.

Mimo porażki 87-90 większość kibiców w sobotni wieczór halę opuszczała z poczuciem zadowolenia. To był mecz, który chociaż na moment do tarnobrzeskiej hali przywrócił koszykarskie wspomnienia i chwile wielkiej radości, gdy Jeziorowcy ogrywali w wielkim stylu faworyzowanych rywali Anwil, Trefl czy też byli blisko pokonania ówczesnych mistrzów Polski z Gdyni. Tamto spotkania miało dość podobny przebieg do tego, które rozegrało się w sobotni wieczór. Drużyna Jeziora na przerwę schodziła z dużą przewagą, którą roztrwoniła w trzeciej kwarcie. Ze Stelmetem w sobotę było podobnie. Dobra gra Aarona Cela, rewelacyjna trzecia kwarta w wykonaniu gości i kluczowa trójka Quintona Hosley’a – to były klucze do zwycięstwa zespołu z Zielonej Góry.

Przyczyną porażki klubu z Tarnobrzega według Kacpra Młynarskiego w sobotę były popełnione straty. - W statystykach z tego co widziałem praktycznie wszystko jest tak samo. Procenty tak samo, tylko mamy 16 strat, a Stelmet 10 – mówił na konferencji najlepiej punktujący Polak w ekipie Jeziora. Piłki tracone przeważnie przez Millera i Wysockiego z pewnością znalazły swoje odbicie w ostatecznym rozstrzygnięciu, które mimo wszystko trzeba uznać za spory wyczyn Jeziorowców. Tym bardziej, że jeszcze do niedawna podopieczni Zbigniewa Pyszniaka mecze z faworyzowanymi zespołami przegrywali różnicą 20 punktów. W sobotę było inaczej, lepiej.

Nad Jezioro do Tarnobrzega wróciła nadzieja na lepsze wyniki i przede wszystkim zwycięstwa. W końcu nic tak dobrze nie buduje atmosfery w zespole, jak właśnie wygrane spotkania. Nieoczekiwane triumfy na Pomorzu sprawiły, że zespół Zbigniewa Pyszniaka odnalazł radość w grze i wiarę, która czasami potrafi czynić cuda. Najbliższe tygodnie pokażą czy będziemy mogli liczyć na kolejne nieoczekiwane zwycięstwa koszykarzy, czy może wrócimy do poprzedniego stanu. Najbliższe mecze w Słupsku i Włocławku dadzą pewnie częściową odpowiedź na to pytanie. 

01:18, dante1002
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 grudnia 2014

 Zdjęcie - Grzegorz Lipiec

Ta piłkarska historia boli do dziś, bo to jeden z najbardziej przykrych i bolesnych upadków piłkarskich, jakie w ostatnim czasie mogliśmy zaobserwować. Nie przypominam sobie aby osiągnięcia i możliwości którego kol wiek zespołu zostały w tak błyskawiczny sposób zmarnowane. W przeciągu jednej rundy zniweczono coś, na co pracowano tak naprawdę przez wiele, wiele lat.

Rok 2011 dla klubu z Wielowsi był przełomowy. Znakomita końcówka sezonu uchroniła ekipę Artura Szkutnika przed degradacją do B klasy. W letniej przerwie w klubie nastąpiła mała kadrowa rewolucja. Z zespołem pożegnało się kilku graczy, a w ich miejsce przybyło wielu innych, którzy mieli znacząco poprawić piłkarską jakość i grę w następnym sezonie. Swojego zadowolenia z kadry nie krył przed sezonem Szkutnik, który przed startem rozgrywek nie ukrywał swoich ambicji. Odważna deklaracja o awansie i osobistej porażce w przypadku jego braku nie była czczym gadaniem.

Wielowieś od początku sezonu kompletowała niemal same zwycięstwa. W rundzie jesiennej tego zespołu nie był w stanie zatrzymać nikt poza Sokołem Sokolniki. Niezwykle solidnie i ciężko przepracowana zima nie mogła przynieść innego rozstrzygnięcia jak tylko awans. Wiosną co prawda przytrafiły się porażki, ale nie miały one większego znaczenia. Po wielu, wielu latach wielki trud miejscowych działaczy oraz przede wszystkim wysiłek trenera i zawodników w końcu przyniósł pożądany efekt. OKS w wielkim stylu wywalczył upragniony awans do klasy okręgowej pod wodzą jednego z najlepszych trenerskich fachowców na naszym trenerskim podwórku.

Szkutnik, który trenerskiego fachu uczył się między innymi pod okiem Antoniego Piechniczka słowa dotrzymał. Zbudował zespół na który z przyjemnością się patrzyło. Każdy zawodnik na boisku miał określone zadania z których wywiązywał się bardzo poprawnie. Solidny bramkarz, wysoko ustawiony blok defensywny w którym pierwszoplanowe role grali boczni obrońcy. Do tego niezła pomoc z Igorem Jabłońskim na czele i napad, gdzie za zdobywanie bramek odpowiadali przeważnie Patryk Stępień i doświadczony Krzysztof Wartoń. Prawdziwy zespół, w którym jak na tą klasę rozgrywkową słabych punktów było naprawdę mało.

Wielowieś po historycznym awansie do okręgówki w nowej rzeczywistości radziła sobie całkiem przyzwoicie. Do drużyny dołączyło kilku wartościowych zawodników (Marek Mrzygłód, Jacek Rożek, Marek Kulczycki, Michał Szczepański). Piąte miejsce jak na beniaminka w wyższej klasie rozgrywkowej można było uznać za wynik wręcz rewelacyjny. Kolejny sezon w lidze okręgowej do pewnego momentu układał się nieźle. Wielowieś jesienią dobre mecze przeplatała gorszymi, ale mimo to udało się zdobyć 22 punkty, które dawały nadzieję przed rundą wiosenną. Niestety wraz z odejściem Artura Szkutnika w Wielowsi zaczęło się dziać coś niedobrego.

Osierocony zespół na własną rękę przejął Przemysław Stąporski, który zdawał sobie sytuację z kadrowych ubytków i treningowych zaległości. Przerwa w rozgrywkach niestety w Wielowsi była okresem kompletnie przespanym. Klubem przestali interesować się miejscowi działacze na czele z prezesem. Ich pobudka nastąpiła pod koniec stycznia, gdy zespół bez żadnego okresu przygotowawczego przejął Janusz Gierach. Wielowieś z marszu zaczęła rozgrywać sparingi w których mimo zaległości treningowych prezentowała się wcale nie najgorzej. Z upływem czasu brak odpowiednich przygotowań, ale i przede wszystkim brak materiału ludzkiego dawał coraz bardziej o sobie znać. Wielowieś jeśli zdobywała jakieś punkty wiosną to tylko i wyłącznie remisując.

Wraz z upływem czasu sytuacja klubu w rozgrywkach okręgówki robiła się coraz bardziej dramatyczna. Wielowieś zaczęła przegrywać częściej niż w co drugim meczu, umacniając się coraz bardziej na dole tabeli. Seria siedmiu przegranych meczów z rzędu spowodowała sytuację, że jedynym ratunkiem na utrzymanie się w klasie okręgowej był baraż. Prawo gry w dodatkowym spotkaniu o pozostanie w lidze miała drużyna, która inkasowała komplet punktów w ostatnim pojedynku. Najistotniejszy mecz wiosny dla Wielowsi stał się najboleśniejszą klęską, jaką klub przeżył w ostatnich latach. Porażka na Zwierzyńcu 1-8 z Rudnikiem oznaczać mogła tylko jedno – spadek z hukiem.

To mi się nie mieści w głowie, że w przeciągu jednej rundy w taki sposób można tak rozwalić klub. Te słowa byłego zawodnika klubu z Wielowsi, Marka Kulczyckiego najlepiej obrazują skalę zniszczeń, jaka dokonała się w przeciągu kilku miesięcy w tym klubie. Dzieło wielu piłkarzy, a przede wszystkim Artura Szkutnika poszło na marne. Co gorsza nie przyczynili się do tego piłkarze, ale w głównej mierze osoby odpowiedzialne za zarządzanie tym klubem. To właśnie im zabrakło najwyraźniej determinacji, chęci i odrobiny czasu aby pozyskać nowego trenera, zapewnić godziwe przygotowania i zadbać o pewny skład, który z pewnością zapewniłby spokojne utrzymanie w klasie okręgowej. Niestety tak proste rzeczy w teorii okazały się zbyt trudne w praktyce.

Po organizacyjnej i piłkarskiej degradacji do klasy A w Wielowsi ponownie pojawił się Artur Szkutnik z misją ratowania klubowego dobytku przed kolejnym spadkiem. Szkutnik na zgliszczach próbuje chociaż w minimalnym stopniu odbudować to, co zostało zmarnowane przez kilka miesięcy. Sztuka ta powoli mu się udaje. Wielowieś budowana na zasadzie telefonów wykonywanych przez Dariusza Dziedzica już jesienią zaczęła prezentować się poprawnie, odnosząc pierwsze w tym roku zwycięstwa. Do zbudowanego naprędce klubu wróciło kilku byłych zawodników, którzy jeszcze nie tak dawno stanowili o sile Wielowsi. Na barkach Łukasza Stachowicza i spółki spoczął nie łatwy obowiązek uratowania dobytku. Szanse na utrzymanie na pewno są. Jest pewien kapitał w postaci 12 punktów. Zespół wreszcie wrócił na swój obiekt, gdzie do tej pory wygrał wszystkie trzy spotkania. Pozostał jedynie smutek i żal, że w tak krótkim czasie zmarnowano coś, na co pracowano wiele długich lat. Wielowsi piłkarsko zwyczajnie szkoda. Organizacyjnie też. Głównie ze względu na osoby, które doprowadziły do stanu, że z zespołu tak dobrze radzącego sobie w klasie okręgowej został już tylko szary cień przeszłości. Wspomnienie czegoś naprawdę pięknego i wartościowego. Czegoś, co szybko nie wróci.

04:13, dante1002
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 grudnia 2014

 Zdjęcie - Grzegorz Lipiec

Do tej pory istniała jedna rzecz, którą Zbigniew Pyszniak opanował perfekcyjnie. To odzieranie kibiców koszykówki ze złudzeń. Nawet, gdy pojawiała się jakaś iskierka nadziei to sympatycy tarnobrzeskiego basketu szybko zostawali sprowadzani na ziemię. W tym sezonie zdaje się być nieco inaczej. Nowy-stary trener mierząc siły na zamiary przed zespołem postawił za cel przeskoczenie w TBL 3-4 drużyn od dołu. Jak na razie realizacja tego niezbyt ambitnego założenia realizowana jest z nawiązką.

Po przegranych meczach ze Startem Lublin i Dąbrową Górniczą mało kto wierzył, że w pierwszej części sezonu Jeziorowcom uda się wygrać jakiś mecz. Nie wierzyli kibice i chyba nie do końca też trener. – Może być taka sytuacja, że przegramy wszystkie mecze – przyznał na jednej z pomeczowych konferencji Zbigniew Pyszniak. No bo z kim tu właściwie wygrywać, skoro miało się dość przystępny terminarz na starcie i przegrało się już z beniaminkami (Lublin/Dąbrowa), którzy potencjalnie mieli być w zasięgu.

Porażki z najpotężniejszymi zespołami jak Turów, Koszalin czy Śląsk były wkalkulowane w sezon. Nikt nie liczył nawet na nawiązanie walki, bo argumentów w starciu z takimi drużynami Jezioro praktycznie nie miało wcale. Nikt z pewnością również nie spodziewał się, że ostatniej drużynie w lidze, legitymującej się bilansem 0-6 uda się wygrać na parkiecie rywala, który w poprzednim sezonie zapewnił sobie awans do fazy play-off właśnie w Tarnobrzegu.

W Gdyni jednak nastąpił nieoczekiwany i niespodziewany zwrot, który w pewien sposób zamazuje smutny krajobraz pięciu sezonów w najwyższej klasie rozgrywkowej. Jeziorowcy dzięki koncertowej grze amerykańskiego tercetu sensacyjnie pokonali Asseco sprawiając tym samym jedną z największą sensacji w tym sezonie. Szalona taktyka opierająca się głównie na rzutach z dystansu przyniosła skutek i nieoczekiwane, pierwsze zwycięstwo w sezonie 2014/2015.

Po pierwszej wygranej Jeziorowcy ponownie wrócili na swój parkiet aby zmierzyć się z kolejnym beniaminkiem.. Mimo ogromnej sensacji w Gdyni to King Wilki Morsie przed spotkaniem z Jeziorem były uważane za faworyta. Zespół Zbigniewa Pyszniaka jednak poszedł za ciosem, odnosząc pierwsze zwycięstwo w nowym sezonie na własnym parkiecie.

Dwie wygrane w przeciągu dwóch tygodni tak podbudowały Jeziorowców, że rozpędzoną drużynę z Tarnobrzega nie był w stanie zatrzymać na swoim terenie Trefl Sopot. Hala Stulecia już nie po raz pierwszy dla drużyny Jeziora okazała się niezwykle szczęśliwym obiektem. W piątkowy wieczór po koncertowej grze Dominique’a Johnsona (30 punktów) Jezioro zwyciężyło 81-79 notując kolejną niespodziankę i co ważniejsze trzecią wygraną z rzędu.

Obalamy teorię sportu i koszykówki – w taki sposób występ swojego zespołu podsumował w piątek Zbigniew Pyszniak. Trener Jeziorowców wreszcie ma powody do zadowolenia. Praca na treningach, jaką wkładał widać nie poszła na marne i przyniosła jakiś efekt. Oby tylko zbyt szybko nie uwierzył w swoje trenerskie możliwości, bo lądowanie może być bardzo bolesne.

Trzy nieoczekiwane zwycięstwa sprawiły, że nad Jezioro z Pomorza napłynęła nowa, pozytywna fala nadziei i oczekiwań. Koszykarze nie przestają zadziwiać, a nieliczni kibice Jeziora wciąż nie przestają wierzyć. Wiara i nadzieja to coś, co na pewno przyda się w grudniu, gdzie Jeziorowców czeka wiele spotkań z jeszcze bardziej wymagającymi rywalami. Na początek Stelmet, którzy miłych wspomnień z Tarnobrzega nie ma. Wicemistrzowie Polski w ostatnim czasie mają pewne problemy sportowe i ponoć finansowe. Kibice w Tarnobrzegu już zacierają ręce na sobotni wieczór. Może i tym razem będą mieli okazję do wielkiej radości, która ostatni raz pod tarnobrzeskim koszem miała miejsce właśnie po pucharowym meczu ze Stelmetem.

02:26, dante1002
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 grudnia 2014

 Zdjęcie - Grzegorz Lipiec

Niby zwykły, piątkowy wieczór. Po całym tygodniu nie masz ochoty na nic, otwierasz laptopa i zaczynasz wędrować po swoich ulubionych stronach. Nagle natrafiasz na newsa o dziwnym i jednocześnie szokującym tytule – Bartosz Madaja w szpitalu. ''Jest w bardzo ciężkim stanie''. Wydawać by się mogło, że nikt i nic tego wieczoru nie jest w stanie Cie zaskoczyć, a jednak. Ta informacja była totalnym szokiem zarówno dla mnie jak i pewnie dla większości sympatyków piłki nożnej w Tarnobrzegu.

Bartosza Madeji od tej osobistej strony nie miałem sposobności poznać. Jako kibic znacznie lepiej znałem go od strony czysto piłkarskiej. Madeję do Siarki cztery lata temu ściągnął Adam Mażysz.  Runda wiosenna w wykonaniu jego jak i również całego sezonu była nie najlepsza. Siarka wówczas częściej rozczarowywała i przegrywała. Początek nowego sezonu był dużo lepszy. Imponująca inauguracja była tak naprawdę popisem Bartosza Madeji, który pierwszego gola w nowym sezonie dla Siarki zdobył bezpośrednio z rzutu wolnego. Przy drugim trafieniu również miał swój udział. Tarnobrzeski zespół wówczas słynął z kapitalnie egzekwowanych stałych fragmentów gry po których zdobywał wiele bramek.

Jeszcze lepiej było w kolejnym sezonie, który dla całej drużyny Siarki okazał się wyjątkowy z racji piłkarskiego awansu do II ligi. Pomocnik Siarki zdobył wówczas 9 bramek, które również w znacznym stopniu pomogły w osiągnięciu sukcesu, który dla sportowca jest spełnieniem marzeń. Jedna z tych najważniejszych padła w pamiętnym spotkaniu ze Stalą Kraśnik. Wówczas wywalczony awans samego Bartka jeszcze bardziej zjednoczył z Siarką Tarnobrzeg. Klubem, który w sercu nosi do dziś.

W ostatnich latach przez Siarkę przewinęło się wielu zawodników z zewnątrz. Przychodzili i odchodzili bez większej historii. Byli i są jednak Ci, których kibice zawsze będą pamiętać i takim piłkarzem bez wątpienia jest Bartosz Madeja. Osobiście zawsze ceniłem graczy, którzy potrafili i umieli identyfikować się ze swoim klubem. Bartek bez wątpienia do takich piłkarzy należy. On nigdy o klubie w którym przeżył wiele pięknych chwil nie zapomniał i nie zapomnieli również o nim kibice, którzy dzisiaj mocno ściskają za niego kciuki w tym najważniejszym życiowym meczu, jaki rozgrywa.

Wszyscy nie mamy też wątpliwości jak ten mecz się zakończy. Każdy z kibiców doskonale również pamięta tą genialną technikę i te kapitalne prostopadłe podania, które otwierały drogę do bramki. Zresztą nie tylko te aspekty piłkarskie dało się zapamiętać. Rzuty wolne również zawsze były ogromną domeną Bartka. Te najbardziej pamiętne, które zapadły mi w pamięć to końcowe minuty z Unią Nowa Sarzyna i piękny strzał w okienko pieczętujący wygraną. Równie kapitalne było uderzenie w derbach ze Stalą Stalowa Wola po którym Dydo nawet nie drgnął.

Wszystkie te piłkarskie momenty z udziałem Bartka Madeji odtwarzam sobie właśnie od tego piątkowego wieczoru, bo takich piłkarzy jak Bartek po prostu nie da się nie pamiętać. Wszyscy dzisiaj też jesteśmy z Tobą Bartos. Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że to Twój najtrudniejszy mecz w życiu i doskonale wiemy, że zakończy się on zwycięsko. Większość osób, która Cię zna czy to osobiście czy z boiska piłkarskiego wie, że dasz sobie radę. Weźmiesz to na swoje barki i wygrasz! Na nasze wsparcie kibiców zawsze i wszędzie możesz liczyć.

Bartek wracaj do zdrowia, potem na boisko i się nawet nie wygłupiaj. Jesteśmy z Tobą.

03:18, dante1002
Link Dodaj komentarz »