O tarnobrzeskiej piłce, o koszykówce, a przede wszystkim tarnobrzeskim sporcie...
RSS
wtorek, 31 marca 2015

W ostatni weekend rundę wiosenną zainaugurowała klasa okręgowa, gdzie Tarnobrzeg ma swojego przedstawiciela w postaci drużyny z Mokrzyszowa. Swoje wielkie, piłkarskie sukcesy OKS zdaje się mieć już za sobą. Klub swój piłkarski szczyt osiągnął na poziomie IV ligowym. Szybko jednak okazało się, że piłka na peryferiach w tej klasie rozgrywkowej podobnie jak w przypadku Iskry nie ma prawa bytu. O ile głównymi architektami wielkiego sukcesu w postaci awansu byli sami piłkarze, o tyle w przypadku spadku w wydatni sposób pomogli im niestety miejscowi działacze.

Ten piłkarski los bywa jednak bardzo przewrotny, nawet na poziomie VI ligi piłkarskie w Polsce. Jeszcze nie tak dawno w wielkim stylu święcili awans do IV ligi. Dzisiaj w Mokrzyszowie muszą się martwić o to aby pozostać w stawce klubów klasy okręgowej. Dużo inaczej sytuacja wygląda w Sokolnikach. Sokół chce grać tam, gdzie nie tak dawno grał OKS. Mecz obu tych zespołów w minioną niedzielę zainaugurował rundę wiosenną w okręgówce. Nieco lepsze nastroje po spotkaniu mogli mieć goście z Sokolników, którzy w Mokrzyszowie wygrali 3-2.

Od pewnego czasu Mokrzyszów przechodzi kolejną metamorfozę, niestety dla sympatyków – negatywną. Spadkowa tendencja w tarnobrzeskim zespole utrzymuje się już od poprzedniego sezonu, gdy OKS nie był w stanie poradzić sobie na IV ligowym froncie. Kontynuacja problemów z poprzedniego sezonu znalazła swoje przełożenie również w niższej klasie rozgrywkowej. Zajmujący pozycję na granicy utrzymania zespół z Mokrzyszowa na wiosnę czeka kolejna walka o to aby uniknąć degradacji do A klasy. Popadnięcie w taki piłkarski niebyt dla Meksyku byłoby z pewnością wielką katastrofą.

W przerwie zimowej nie działo się jednak zbyt wiele aby jakoś zaradzić problemom. Sytuacja kadrowa, jaka była taka jest nadal i nic nie wskazuje aby nagle się to zmieniło. Mający jesienią ogromne problemy ze skutecznością Mokrzyszów zimą rozpoczął poszukiwania napastnika. W końcu jakoś się udało. Wiosennym ratunkiem ma być Michał Kułaga. Wychowanek Siarki Tarnobrzeg, który błyszczał strzelecką formą w rezerwach tarnobrzeskiego klubu ma być strzeleckim antidotum na problemy drużyny prowadzonej przez Marcina Stępnia.

Skuteczność to jednak nie jedyny problem z jakim poradzić musi OKS. Obiecująco nie wyglądała pozycja bramkarza, która była i jest niezbyt pewna. Mokrzyszów we wszystkich 8 zimowych sparingach stracił aż 29 goli. To prawie tyle, co w całej rundzie jesiennej. W ostatnich grach kontrolnych między słupkami występował młody Rafał Franas, który do tej pory jedyne swoje występy zaliczał w juniorskim zespole. W niedzielę między słupkami natomiast wystąpił Karol Zawadzki, który do niedawna grał jeszcze jako zawodnik z pola.

Najgorszy w tym wszystkim jest jednak fakt, że klubowy zarząd kompletnie nie ma pomysłu na to aby było lepiej. W klubie co prawda zostało wielu bardzo doświadczonych i ogranych zawodników, ale ich następców ciężko znaleźć. OKS na dzień dzisiejszy to bardzo odmłodzona drużyna. Cały zespół tej wiosny właściwie jest zdany sam na siebie. Stępień i jego zawodnicy z pewnością będą robili wszystko aby utrzymać się w klasie okręgowej. Pierwsze spotkanie mimo porażki było tego najlepszym dowodem. Mokrzyszów po naprawdę niezłym spotkaniu okazał się minimalnie gorszy od drużyny z ogromnymi aspiracjami. Nikomu nie można było odmówić ambicji i zaangażowania, którego według działaczy brakowało w poprzednim sezonie.

Zupełnie inaczej piłkarskie sprawy mają się w Sokolnikach. Tam raczej nikt się nie martwi o przyszłość, bo klub dzięki niezwykle bogatemu sponsorowi ciągle się rozwija i idzie do przodu. Plany Sokoła nie kończą się na okręgówce. Klub już w tym sezonie chciałby z marszu awansować na IV ligowe boiska. Konkurencja jest jednak znacznie silniejsza niż rok temu, gdy zespół Andrzeja Kasiaka w wielkim stylu wywalczył awans. Sokół jednak dysponuje tak szeroką i silną kadrą, że ma podstawy ku temu aby mierzyć w awans już dziś. 

W klasie okręgowej jednak poprzeczka powędrowała dużo wyżej. Najlepiej obrazuje to oczywiście tabela, która nie kłamie. Sokół na półmetku rozgrywek zajmował 5 pozycję. Niewielkie, a wręcz nieznaczne punktowe straty powodują, że wiosną ta drużyna będzie liczyła się w walce o najwyższe cele. Pomóc w tym mają również nowe twarze w zespole. Solidną kadrę zespołu uzupełnili Tabaka, Kruk i Wermański. Ten pierwszy już w Mokrzyszowie wpisał się na listę strzelców.

Na koniec kilka słów o jednym z najciekawszych spotkań inaugurujących rundę wiosenną w okręgówce. Takie spotkanie miało miejsce w Grębowie, gdzie miejscowy Słownianin podejmował liderującą na półmetku rozgrywek Unię Nowa Sarzyna. Mecz zakończył się podziałem punktów, a dwie bramki w swoim oficjalnym, ligowym debiucie zaliczył zawodnik, którego dzisiaj bardzo brakuje w Mokrzyszowie. Jacek Rożek wpisywał się na listę strzelców w 25 i 58 minucie spotkania. Sam Rożek to jednak nie jedyny zawodnik z Siarkową przeszłością w zespole prowadzonym przez Michała Kozłowskiego. W zespole z Grębowa prócz niego występują Przemysław Stąporski, Michał Szczepański, Dominik Polit, Igor Jabłoński oraz Jakub Rzepiela. Do tego grona dorzucić można również bramkarza. W końcu Paweł Kozieł też reprezentował barwy Siarki, kiedy drugim trenerem zespołu był Michał Kozłowski. 

W Grębowie również po części los okazał się przewrotny. Michał Kozłowski, który jeszcze poprzedniej wiosny prowadził zespół z Mokrzyszowa, ale ze swojej funkcji zrezygnował. Dzisiaj z powodzeniem realizuje się na trenerskim polu w Grębowie. Tam jednak działacze stworzyli mu dużo lepsze i dogodniejsze warunki do pracy. Bez takich właśnie warunków dzisiaj ciężko myśleć o utrzymaniu, nawet jeśli mamy do czynienia z 6 poziomem rozgrywkowym w Polsce.

02:52, dante1002
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 marca 2015

 Zdjęcie - Grzegorz Lipiec

Przez cały tydzień żyłem tylko tym, co wydarzy się w sobotnie popołudnie. Derbowe myśli nie dawały mi spokoju. Ogromne oczekiwanie mieszało się z jeszcze większymi emocjami. Od środka też zżerała mnie ciekawość, podsycona goryczą wszystkich ostatnich porażek. Po prostu i po ludzku nie mogłem się już doczekać. Aż w końcu nadszedł długo wyczekiwany dzień. Mecz prawdy, który miał ukazać prawdziwą wartość Siarki Tarnobrzeg w starciu z odwiecznym rywalem.

Zawsze, gdy pojawia się ogromne oczekiwanie jest ryzyko jeszcze większego rozczarowania. Doskonale to przerabiałem przez ostatnie dwa lata, gdy potykaliśmy się ze Stalówką. Za każdym razem wielkie napięcie, jeszcze większe nadzieje i na koniec 1-2. Przeklęty wynik, który nie dawał o sobie zapomnieć przez ostatnie sezony.  Jak każdy z nas miałem już zwyczajnie dość tych wszystkich derbowych niepowodzeń i porażek.

Wszystkie derbowe oczekiwania krążyły wokół jednego, wspólnego pragnienia. Tym pragnieniem było oczywiście derbowe zwycięstwo, którego w Tarnobrzegu wyczekiwaliśmy od blisko 21 lat. Wreszcie się jednak doczekaliśmy meczu, o którym będą pamiętać pokolenia. Było dokładnie tak, jak o tym marzyliśmy i śniliśmy.

Hit nie zawsze musi okazać się hitem. Ile to już spotkań było, które kompletnie nie były w stanie spełnić wysokich oczekiwań. Tym razem jednak było inaczej, nietypowo, ale i wyjątkowo. Wielkie Derby wreszcie spełniły nasze wielkie nadzieje. Było w nich właściwie wszystko. Fantastyczna oprawa i atmosfera na trybunach. Boiskowa dramaturgia i napięcie od pierwszej do ostatniej minuty. Prawdziwe zwroty akcji. Polała się nawet krew. Najważniejsze w tym wszystkim było jednak końcowe rozstrzygnięcie, które w sobotę miało wymiar szczególny, a wręcz historyczny.

Nigdy nie byłem przesądny, ale w sobotę coś mnie jednak tknęło. Może to mało istotny szczegół, ale jeszcze przed pierwszym gwizdkiem za dobry prognostyk uznałem losowanie. Zaczęliśmy mecz na połowie od hali sportowej. W poprzednich derbach mecze rozpoczynaliśmy po drugiej stronie i za każdym razem kończyło się tak samo. Tym razem moje wewnętrzne przeczucie nie okazało się bezpodstawne.

Mecz zaczął się dla Siarki najgorzej jak mógł. Głupi faul Hodowanego, rzut wolny, błąd Melona i gol właściwie z niczego. Norma w wykonaniu Stalówki. Derbowe demony znowu powróciły. Gwarantujący pewność i solidność między słupkami bramkarz Siarki popełnił błąd, który ciężko było mi zrozumieć. Melonowi przecież nigdy wcześniej się to nie przytrafiło, a tu taki mecz i taki gol. Siarka próbowała się ogryzać strzałami z dystansu. A to Stępień postraszył Wietechę, a to Oziębała minimalnie chybił. Do przerwy jednak nic się nie zmieniło. Znowu w derbach trzeba było odrabiać straty. Na szczęście już mniejsze niż w poprzednich latach.

Wyjątkowy, derbowy sen zaczął się spełniać w drugiej połowie. Siarka właściwie nie opuszczała polowy rywali. Wyrównujące trafienie wisiało w powietrzu, aż wreszcie nastał ten długo wyczekiwany moment. Chwila, która przywróciła nadzieję na derbowe zwycięstwo przy AN2. Gol Marcina Truszkowskiego, który uwolnił się całkowicie spod opieki obrońców wlał wielką wiarę w serca piłkarzy i kibiców. Cztery minuty później wszystkie serca na krytej pękały z radości. Legendarny Truszkin, bo tak można go już nazywać z zimną krwią wpakował piłkę do siatki bezradnego Wietechy. Goście już się nie podnieśli.

Wielkie, derbowe marzenie o którym śniliśmy tyle czasu wreszcie się spełniło. Po 21 latach pokonaliśmy u siebie odwiecznego rywala. To zwycięstwo smakuje wyjątkowo nie tylko z uwagi na derbowy głód zwycięstwa i okoliczności. W tym wszystkim najpiękniejszy był styl w jakim piłkarze Siarki dokonali rzeczy niezwykłej. Dzisiaj tak naprawdę już zapomniałem o tym golu, straconym jeszcze na początku meczu. Od soboty moim piłkarskim idolem stał się Marcin Truszkowski, który za każdym razem w derbach ze Stalową udowadnia nam, że jest stworzony do dokonywania rzeczy wielkich.

Brakuje słów aby opisać wyczyn Truszkina, który w sobotę przeszedł do historii. Cztery gole w pięciu derbowych meczach ze Stalową już teraz uczyniły go piłkarzem wybitnym dla tego klubu. Tego już nikt mu nie odbierze, ani tym bardziej nie zapomni. Dla samego Truszkowskiego ten sezon układał się różnie. Przez większą część rundy jesiennej leczył kontuzję, której doznał w poprzednich derbach ze Stalówką. Nie strzelał też z taką regularnością, jak w poprzednim sezonie. W najważniejszym momencie jednak nie zawiódł.

Zresztą trudno wskazać piłkarza Siarki, który w sobotę zawiódł. Dla mnie po prostu nie było takiego. Melona, który sam przyznał, że przez cały mecz przeżywał moralne katusze rozgrzeszyli inni. Jego niespotykana nigdy wcześniej radość po drugim była tylko jasnym potwierdzeniem, jak ważne dla niego samego było do decydujące trafienie. Lepszego powrotu po 19 latach nie mógł sobie wymarzyć Mariusz Kukiełka, który przez cały mecz harował w środku pola. Nie można też przejść obojętnie wobec postawy Łukasza Nadolskiego, który po krwawym zderzeniu chciał jak najszybciej wrócić na plac gry. Kontuzja nie przeszkodziła mu w tym aby na koniec podziękować kibicom za wsparcie.

Słowa uznania również należą się Ryszardowi Kuźmie, który nie bał się posadzić na ławce Dariusza Frankiewicza. Trener Siarki w sobotę miał nosa przede wszystkim do zmian. Wprowadzeni na plac gry zmiennicy mieli swój duży udział przy obu bramkach Truszkowskiego. Najpierw idealne dośrodkowanie Frankiewicza, a później szarża Rajevaca zwieńczona zwycięskim golem Marcina Truszkowskiego. Półroczna praca z drużynom w końcu zaczęła przynosić efekty.

Nie wiem, czy po słabej rundzie jesiennej nadchodzi lepsza wiosna w Tarnobrzegu. Nie mam pojęcia też jak zakończy się ten sezon dla Siarki. Trudno też określić, na co stać tak naprawdę jest zespół Ryszarda Kuźmy. Dzisiaj jednak mało mnie to obchodzi. Dzisiaj czuję się tak, jak dawno się nie czułem. Od soboty mógłbym Truszkowskiego nosić na rękach. Jeszcze lepiej niż zrobił to wiceprezes Stadnicki. Od sobotniego wieczoru jestem dumny z drużyny, której nie zabrakło ambicji, poświęcenia i woli walki w tak ważnym i prestiżowym meczu. Oby podobnie było w kolejnych spotkaniach tej wiosny, która dla nas rozpoczęła się naprawdę wyśmienicie.

03:32, dante1002
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 marca 2015

Od dłuższego czasu mój umysł koncentruje się wokół jednej sprawy i jednego miejsca. Właściwie nie ma ostatnio dnia i godziny abym o tym nie myślał. Nałóg z którym zwyczajnie nie da się walczyć ani wygrać. Prawdziwa obsesja, która pojawia się raz na jakiś czas. Nerwowe odliczanie w moim przypadku rozpoczęło się już dawno. Odmierzam już dni i godziny do tego, co wydarzy się w najbliższą sobotę. Chyba nie trzeba pisać o co chodzi, bo każdy kibic doskonale to wie. 

Mam już zwyczajnie dość tej derbowej niemocy w Tarnobrzegu. Odkąd gramy w II lidze nie potrafimy wygrać żadnego derbowego spotkania. O Mielcu na jesieni nawet nie ma co wspominać. Ten mecz po prostu się odbył i tyle. Derbowa potyczka w środku tygodnia ze Stalową jeszcze w sierpniu już bardziej zapadła mi w pamięć. Tyle tylko, że nie z powodu wyniku, ale lepszej gry gości lub jak kto woli papierowych gospodarzy tego meczu. Piszę to z bólem serca, ale tak faktycznie było.

Kolejne derby i kolejne rozczarowanie. Trudno taki remis rozpatrywać w innych kategoriach, gdy po raz kolejny Siarka nie wygrywa w tak ważnym meczu. Odkąd gramy w II lidze za każdym razem przeżywam to samo. 2013 rok i pierwsze po latach derby wspominam dobrze jedynie z dwóch powodów. Kapitalna atmosfera na trybunach i bramka zdobyta głową Truszkina po której wykonał słynny rowerek. To by było na tyle. Derby z przed roku najlepiej chyba wspominają zaproszone na ten mecz dzieci. Dla nich to była fajna, piknikowa zabawa. Dla innych niestety kolejne, przykre derbowe doświadczenie. Właściwie ostatnio jedynym takim pozytywnym, derbowym wspomnieniem pozostaje ten historyczny triumf po 17 latach w Stalowej Woli.  Co innego jednak cieszyć się przed monitorem komputera, a co innego świętować u siebie na stadionie.

Irytuje mnie też to ciągłe zarzekanie się trenerów przed takim meczem. To najważniejsze spotkanie, ale tylko dla kibiców bla, bla, bla. Owszem, dla kibica to wielkie święto. Dla piłkarza z kolei wielka nobilitacja do jeszcze większej walki niż zwykle. To właśnie od zawodników będzie zależało czy to święto będzie udane czy znowu będziemy świadkami pomeczowej stypy jak w maju. Wtedy dwie szybko stracone bramki załatwiły sprawę. Zbyt długo już piłkarze Siarki każdą nam czekać na derbową wygraną z odwiecznym rywalem u siebie.

W sobotę każdy z piłkarzy powinien mieć świadomość bolesnych historii ostatnich potyczek i tego, jak wielkie znaczenie ma to spotkanie. Tu nie chodzi tylko o trybuny, ale i o ligową tabelę. Boję się jednak, że poczucie ogromnej wagi i znaczenia tego spotkania będą mieli tylko co po niektórzy. Mam tu na myśli tych, którzy wywodzą się stąd (Stępień i Kukiełka) oraz tych, którzy mieli okazję już nie raz zasmakować tej rywalizacji (Melon, Truszkowski, Frankiewicz i Nadolski). Swoją drogą, kto by przypuszczał, że po 21 latach Mariusz Kukiełka ponownie będzie miał okazję rywalizować w derbach ze Stalówką. Piękna historia. Warto byłoby ją powtórzyć. Może być nawet w takich samych rozmiarach, jak w 1994 roku, gdy po raz ostatni Siarka pokonała u siebie Stal. 

Nie ma dla mnie kompletnie znaczenia styl, jaki zaprezentuje Siarka w sobotę. Dla mnie może to być tak samo nudny mecz, jak większość spotkań rozegranych jesienią przy AN2. Najważniejsze jednak aby po stronie gospodarzy widniała jedna bramka więcej. Liczy się tylko korzystny wynik i trzy punkty. To właśnie one dadzą mi poczucie ogromnej satysfakcji. Reszta tak naprawdę dla mnie będzie bez znaczenia. Może poza jednym, bardzo istotnym wyjątkiem. Od piłkarzy wymagam aby tego dnia gryźli trawę, nie odpuszczali i walczyli na każdym centymetrze boiska. To z pewnością będzie typowy mecz walki, który najzwyczajniej w świecie trzeba rozstrzygnąć na swoją korzyść. 

Takie inauguracji wiosny przy AN2 jeszcze nie było. Mimo, że do końca sezonu zostanie sporo kolejek to już dzisiaj można się domyślić, iż wynik sobotniej rywalizacji zostanie zapisany czerwonym kolorem w dzienniku kibiców Siarki. Od tego rozstrzygnięcia tak naprawdę dla wielu może zależeć ocena całościowa tarnobrzeskiego zespołu w tym sezonie. Dla mnie wygrana w takim meczu na pewno pozwoliłaby zapomnieć o tym co było. Wszystkie złe wspomnienia z rundy jesiennej czy Pruszkowa odeszłyby pewnie w niepamięć, a najważniejsze byłoby już tylko to, co wydarzy się w najbliższych tygodniach. Dzisiaj jednak jedna rzecz, której jestem pewien to fakt, że w sobotę będziemy mogli poznać prawdziwą wartość tego zespołu. Oby to była wreszcie taka wartość, jakiej wszyscy od dawien dawna oczekujemy w tak istotnym i prestiżowym meczu. W sobotę liczy się tylko i wyłącznie zwycięstwo. Chyba już wystarczy tego czekania...

01:01, dante1002
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 marca 2015

 Zdjęcie - Grzegorz Lipiec

Można sprawiać raz na jakiś czas pojedyncze sensacje grając w 6 osobowym składzie. Można również na koszykarskich parkietach obalać wszelakie teorie sportu, pokazując przy tym wielki charakter. Aby jednak takie rzeczy miały miejsce częściej w swoich szeregach trzeba mieć prawdziwego lidera, który będzie ciągnął zespół. Jeziorowcy niestety taką kluczową postać w zespole stracili. Wraz z odejściem Dominique Jonhsona do Izraela zatracili swoją koszykarską moc, którą wprawiali w osłupienie kibiców m.in w Gdyni, Dąbrowie Górniczej czy nawet Wrocławiu.

Od dłuższego czasu tarnobrzeski zespół stał się prawdziwą trampoliną dla najlepszych strzelców. Duża ilość minut spędzanych na boisku i nieograniczona liczba rzutów to warunki, które do niedawna z korzyścią służyły m.in. Jakubowi Dłoniakowi aby z przeciętnego zespołu Jeziora udać się do solidnej drużyny Rosy Radom. Jonhson był prawdziwą gwiazdą, prawdziwym liderem i właściwie chyba najlepszym do tej pory koszykarzem w Tarnobrzegu. Swoją grą porywał publiczność w Tarnobrzegu i tylko kwestią czasu było to, kiedy wypłynie z Jeziora na szersze wody.

Odejście Jonhsona do Izraela dla samego zawodnika było oczywiście sportowym, ale i też finansowym awansem. Dla prezesa i jednocześnie trenera tarnobrzeskiej drużyny również było to korzystne posunięcie, ale tylko, a może i aż od strony czysto finansowej. Tymi, którzy najbardziej ucierpieli na stracie Amerykanina byli rzecz jasna kibice. Po jego odejściu zespół Jeziora to już nie ten sam zespół, który jeszcze nie tak dawno zadziwiał wszystkich. Ostatnie wyniki, jak i słowa samych zawodników o braku lidera tylko to potwierdzają. Trudno w tej sytuacji mieć nadzieję na jakąś poprawę, kiedy dość chaotyczna gra Jeziorowców przynosi porażki w meczach z Asseco czy Wilkami w Szczecinie. Samym koszykarzom walki i zaangażowania odmówić nie można. Nigdy zresztą tego nie robiłem. Oni po prostu robią co mogą. Bez takiego gracza jakim był Jonhson jednak nie za wiele mogą.

Ciężko w tej całej sytuacji nie odnieść też wrażenia, że sam Pyszniak biorąc do zespołu Jonhsona miał więcej szczęścia niż rozumu. Przed sezonem zarzekał się, że nie będzie już szedł w kierunku Amerykańskim tylko bardziej ukraińsko-bałkańskim. Jak było z Ukraińcami wiemy – jeden wyleciał przed, drugi w jego trakcie sezonu. Grający ostatnio w Śląsku Wrocław Jonhson do klubu z Tarnobrzega przyszedł jako jeden z ostatnich. Jak się później okazało był  prawdziwym strzałem w dziesiątkę.

Następcą Jonsona miał być inny Amerykanin, ale zamiast transferowej bomby był totalny niewypał. Niepierwszy i pewnie nie ostatni namierzony w Jeziorze. Nie mam pojęcia w jakim celu fatygowano z Ameryki do Tarnobrzega nowego zawodnika, skoro nie wniósł on kompletnie nic do zespołu. Być może był tani, ale na pewno nieodpowiedni. Bell od początku sprawiał wrażenie zawodnika troszkę skołowanego, nie wiedzącego co ma tak naprawdę grać. Miał być w minimalnym spopniu następcą Jonhsona, ale okazał się zupełnie innym typem zawodnika. Winić zawodnika nie wypada, bo na chłopski rozum skoro ktoś zaproponował mu tutaj pracę to zwyczajnie z niej skorzystał. Przyjście Bella na trzy tygodnie to raczej kolejny dowód amatorki, jaką od lat serwuje nam w Tarnobrzegu Zbigniew Pyszniak. Ciągle te same, oklepane regułki na zasadzie jakoś to będzie. Za chwilę pewnie zacznie się obarczanie winą zawodników, którzy nie będą dzielili się piłką. Może rozpocznie się też szukanie winnych, gdy okaże się, że jego zespół nie zdoła przeskoczyć 2-3 zespołów od końca. W końcu taki był cel na ten sezon.

Właściwie jedynym postępem przez te 5 lat w TBL, jaki dość dobrze dało się zaobserwować był 8 dzień marca. Wreszcie, po raz pierwszy tego dnia kobiety mogły wejść na mecz za darmo, co zresztą w jakimś stopniu poprawiło też atrakcyjność widowiska. Innych, koszykarskich postępów przez tyle czasu jakoś nie dostrzegłem. Może więc dobra pora aby tym kolejnym postępem dokonanym w klubie były minuty dla młodych, tarnobrzeskich koszykarzy. Wszak to przecież też było w przedsezonowych założeniach. Warto więc byłoby w końcu dać szansę młodym wychowankom, którzy od października są skazani na noszenie bidonów i wyciąganie drzazg z tyłka. Nikt niczego raczej na tym nie straci, bo tak naprawdę sezon dla drużyny Jeziora powoli się już kończy.

04:03, dante1002
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 marca 2015

 Zdjęcie - Grzegorz Lipiec

Nowa runda. Nowe twarze w zespole. Nowe nadzieje. Wiele sobie obiecywałem przed inauguracyjnym spotkanie w Pruszkowie. Przede wszystkim liczyłem na w miarę dobrą grę i korzystny wynik. Za taki uznałbym z pewnością remis, bo miałem świadomość tego z jak wymagającym rywalem przyjdzie się zmierzyć piłkarzom Siarki. Znicz nie przywykł przegrywać u siebie, a tarnobrzeski zespół nie zwykł przez ostatnie dwie dekady wygrać wyjazdowej inauguracji na wiosnę.

Moja wiara jednak na niewiele się zdała. Nowi zawodnicy tarnobrzeskiego zespołu nie odmienili w inauguracyjnym meczu oblicza drużyny. Problemy, jakie miały miejsce jesienią niestety nie znikły, a samo spotkanie w Pruszkowie okazało się wielkim rozczarowaniem, którego chyba mało kto się spodziewał. Właściwie po 30 minutach gry sprawa zwycięstwa była już przesądzona. Trzy strzały - trzy gole i mecz rozstrzygnięty. Trafienie Traore jeszcze przed przerwą na niewiele się zdało. To Znicz był bliższy strzelenia kolejnego gola niż Siarka. 

Siarkowcy  w Pruszkowie gospodarzom nie byli w stanie się przeciwstawić. Trudno też napisać cokolwiek dobrego o grze zespołu Ryszarda Kuźmy, gdy w meczu stwarza się zaledwie dwie dość groźne sytuacje bramkowe. Niestety ani uderzenie głową Truszkowskiego, ani strzał z trudnej pozycji Oziębały nie znalazły drogi do bramki rywali. Siarka była zespołem zwyczajnie słabszym, a gospodarze wygrali w pełni zasłużenie.

Swój umiarkowany optymizm w inaugurującym wiosnę spotkaniu opierałem przede wszystkim na nowych zawodnikach. W szczególności na tych z bogatą, ekstraklasową przeszłością. Nazwiska jak widać jednak nie grają. Co ciekawe z całej czwórki pozyskanych zimą graczy najkorzystniejsze wrażenie po sobie zostawił debiutujący na II ligowych boiskach Karol Hodowany. Od początku spotkania wykazywał się dużą ambicją i ochotą do gry. Kompletnie bezbarwny był natomiast wypożyczony z Górnika Zabrze Przemysław Oziębała. Grający w tym meczu na lewym skrzydle pomocnik zupełnie nie radził. Trudno też cokolwiek pozytywnego poza golem napisać o Senegalczyku Traore. 

Największe nadzieje pokładałem i wciąż pokładam w przyjściu do zespołu Mariusza Kukiełki. Wracający do Siarki po 19 latach przerwy Kukiełka swojego powrotu nie będzie wspominał miło. Sam mecz w Pruszkowie pokazał jednak, gdzie wychowanek Siarki czuje się najlepiej. Kukiełka znacznie więcej dał zespołowi w środkowej strefie, a niżeli na środku obrony. Wobec nadmiaru kartek Dariusza Frankiewicza wniosek na najbliższe spotkanie nasuwa się sam. W całej tej sytuacji wciąż pozostaje żal, że klub zimą lekką ręką pozbył się Mirosława Barana. Nieustanne eksperymentowanie i żonglowanie nazwiskami na tak odpowiedzialnej pozycji jak widać do tej pory wymiernych korzyści nie przyniosło.

Terminarz rundy wiosennej dla Siarki jest brutalny. Po porażce ze Zniczem przychodzi kolejne wyjazdowe spotkanie i to z drużyną mimo wszystko dużo lepszą. Podopieczni Ryszarda Kuźmy zmierzą się dzisiaj z niepokonanym od siedmiu meczów Energetykiem ROW Rybnik. Spadkowicz z I ligi w poprzedniej kolejce wobec remisu (3-3 Nadwislan Góra) oddał swoje miejsce w fotelu lidera. W obecnej sytuacji, jakiej znalazła się Siarka na starcie rundy wiosennej trudno liczyć w Rybniku na przełamanie. Można natomiast wierzyć w dużo lepszą grę. Drugiego, tak słabego meczu tarnobrzeski zespół chyba już nie ma prawa zagrać. Tak przynajmniej mi się wydaje. 

Dobra postawa i lepsza gra w Rybniku będzie miała duże znaczenie przed tym, co czekać będzie nas 21 marca. Podbudowane morale mogą tylko i wyłącznie pomóc przed wyjątkową inauguracją wiosny u siebie. Piłkarska wojna ze Stalową Wolą będzie prawdziwą weryfikacją drużyny Ryszarda Kuźmy. Dla znacznej części kibiców wynik tej potyczki może zweryfikować nawet ocenę całego sezonu. Trudno się jednak dziwić w sytuacji, gdy wszystkie historie o awansie już dawno zostały włożone między bajki. 

03:59, dante1002
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 marca 2015

To był piękny czwartkowy wieczór. Mury małej hali Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji na których wciąż zalega jeszcze kurz pięknych siatkarskich wspomnień z dawnych lat i IV ligowi siatkarze KPS Siarki Tarnobrzeg, którzy z konieczności musieli grać w nietypowym dla siebie terminie. Rywalem Czarni Oleszyce. Lider rozgrywek, który zapewnił sobie już awans na III ligowe parkiety. Taki sam cel w tym sezonie przyświecał siatkarzom Siarki. Aby był on wciąż realny potrzeba była wygrana. 

Ostatnie tygodnie w IV lidze nie były szczególne dla siatkarzy Siarki. Przegrali trzy mecze z rzędu do zera, ograniczając tym samym swoje szanse na awans do minimum. Forma z pierwszej, pewnie nieco łatwiejszej części sezonu gdzieś została utracona. Nie było siatkarskiego polotu, ani wielkiego entuzjazmu w grze, który cechował ten zespół od początku rozgrywek. Siatkarze zwyczajnie nie przypominali drużyny, która w ostatnim czasie dawała tak wiele radości swojej publiczności.

Bolesna porażka na własnym parkiecie z zespołem Żagiel Radymno w zupełności podcięła skrzydła tarnobrzeskim siatkarzom. To był jeden z tych meczy, które można było odwrócić na swoją korzyść. Po pierwszym przegranym secie w drugim nadarzyła się okazja na wyrównanie. Niestety przy stanie 24-21 gospodarze dali się dogonić i w efekcie drugą partię również przegrali na przewagi. Ten set zdecydował o losach całego meczu. Grająca w nieco okrojonym składzie Siarka już się tamtego dnia nie podniosła.

Awans się oddalił, ale świadomość dalszej szansy na III ligę nie pozwoliła siatkarzom Siarki składać broni. Meczem o pozostanie w grze było czwartkowe starcie z liderem, który w tej decydującej fazie rozgrywek nie zaznał jeszcze gorzkiego smaku porażki. Warunkiem była jednak wygrana, bo tylko ona dawała jeszcze nadzieje na potrzymanie szans. 

Mecz rozpoczął się ze sporym opóźnieniem. Zawodnicy z Oleszyc utknęli w korku i do Tarnobrzega dotarli z pewnymi kłopotami. Razem z nimi pojawili się niezwykle fanatyczni i żywiołowi kibice, który o mały włos nie pomieściliby się w mało komfortowej dla widza hali. Atmosfera jaką stworzyli była jednak godna podziwu. Takiego dopingu pozazdrościć mogłaby nie jedna drużyna z wyższego szczebla rozgrywkowego. Prawdziwi, siatkarscy fanatycy.

Nakręceni tą niesamowitą atmosferą na hali, co i podrażnieni ostatnimi niepowodzeniami gospodarze od razu wykazali wielką ochotę do gry. Efektem tego było prowadzenie, które systematycznie rosło. Siarka nie dała rywalom szans wygrywając po bardzo dobrej grze dwa pierwsze sety (do 18 i 22). W ataku brylowali przede wszystkim Grzegorz Janeczko oraz Karol Szczepanik. Obaj byli praktycznie nie do zatrzymania w pierwszych dwóch partiach. Wszystko to oczywiście za sprawą bardzo dobrzego przyjęcia i dokładnego rozegrania. Pazgier z Szymańskim dogrywali w punkt dzięki czemu Fałdowski mógł urozmaicać swoje rozegranie. Kilka istotnych punktów swoją naprawdę dobrą zagrywką dołożył również Tarnowski.

Siatkarze Siarki grali jak z nut, aż do połowy trzeciej partii. Wtedy właśnie cała gra gospodarzy się posypała, a do głosu doszli goście. Nieustannie dopingowani przez swoich kibiców Czarni przejęli kontrolę nad wydarzeniami pod siatką. Po stronie Siarki natomiast zaczęły mnożyć się błędy. Mylić zaczęli się wszyscy i właściwie dopiero zmiennicy (Guz, Tomczyk, Klann) zdołali nieco poprawić sytuację na świetlnej tablicy przed czwartym setem.

Kolejna partia była już nieco lepsza w wykonaniu Siarki. Gospodarze szybko zapomnieli o niepowodzeniu z poprzedniego seta i raz po raz wychodzili na prowadzenie. Czarni niestety umiejętnie każdą taką przewagę tarnobrzeskich siatkarzy niwelowali, doprowadzając do wyrównania. Na niewiele zdała się dwupunktowa przewaga w końcówce. Goście z Oleszyc decydujące akcje rozstrzygnęli na swoją korzyść doprowadzając w całym meczu do wyrównania. 

Losy siatkarskiej potyczki o niesamowitym napięciu i niespotykanej dotąd atmosferze decydowały się w tie-breaku. Walka punkt za punkt trwała do stanu 10-10, wówczas jednak próbę nerwów lepiej wytrzymali zawodnicy Siarki, którzy w końcówce wyszli na prowadzenie i nie oddali go już do końca. Niewątpliwie dużą rolę w decydującej partii odegrało doświadczenie. W kluczowych momentach nie zawodziła para Szczepanik-Pazgier. Obaj zawodnicy w bardzo umiejętny sposób obijali blok rywali. 

Stare siatkarskie porzekadło w czwartkowy wieczór się nie sprawdziło. Siarka tego dnia pokazała ogromny charakter i determinację, której brakowało przez ostatnie tygodnie. Głód wygranej, a także ogromna chęć połączona z wielką motywacja zwyciężyła. Tarnobrzescy siatkarze dzięki wygranej dopisali na swoje konto 2 punkty, dzięki czemu nadal są w grze o III ligę. Decydujące o losach awansu spotkanie rozegrane zostanie 22 marca w Radymnie.

Siatkarze z Tarnobrzega, którzy po wielu długich latach wrócili na siatkarskie parkiety godnie pożegnali się ze swoją publicznością. Widowisko, które stworzyli było jednym z najlepszych spotkań, jakie rozegrali w tym sezonie. Na wyróżnienie zasłużyli praktycznie wszyscy gracze. Każdy z zawodników dołożył swoją cegiełkę do zwycięstwa na które mimo spóźnienia zespołu gości warto było poczekać. Teraz wypada czekać na coś więcej.

14:10, dante1002
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 marca 2015

Zdjęcie - Grzegorz Lipiec

Każdy kolejny sezon w wykonaniu Siarki Tarnobrzeg niesie za sobą zaskakujące scenariusze. Dwa lata temu martwiliśmy się o pozostanie w II lidze. 12 miesięcy temu z kolei po niezwykle udanej rundzie jesiennej przebieraliśmy nogami w oczekiwaniu na piłkarską wiosnę. A dzisiaj? No właśnie… Dzisiaj nikt w stanie nie jest przewidzieć, co wydarzy się tej piłkarskiej wiosny, która w II lidze rozpocznie się już jutro.

W tarnobrzeskiej Siarce przez ostatnie miesiące dzieje się tak wiele, że trudno nad tym wszystkim zapanować. Najpierw słabiutka runda jesienna zakończona na 8 miejscu. Później ten cały noworoczno-budżetowy wstrząs, który wśród wielu kibiców wzbudził pewną panikę o przyszłość klubu. Dzisiaj, u progu rundy wiosennej jednak już nikt o tym nie myśli. Szczególnie, gdy popatrzy się na transfery poczynione tej zimy. W tym całym zamęcie rodzi się pewne pytanie – o co my w takim razie gramy?

Na początek kilka spraw natury organizacyjnej. Mocno zdziwili mnie Ci, którzy po zmianie prezydenta mocno się oburzyli , gdy okazało się, że Siarka w 2015 roku z miejskiej kasy otrzyma 600 tysięcy złotych. Przecież to było wiadome, że Kiełb zacznie cięcia tam, gdzie Norbert Mastalerz miał swój największy udział. Nie przypadkowo więc zaczął moim zdaniem od KS Siarka i wcale też mu się nie dziwię. Zawsze uważałem, że miasto może wspierać miejski sport, ale na pewno nie sponsorować w takiej skali jak do tej pory. Poza tym 600 tysięcy złotych dla klubu to wcale nie taka mała kwota, przynajmniej dla mnie. Może to dobry moment aby w klubie nastała też pewna normalność, której od jakiegoś czasu brakowało. Może to też dobry czas aby zaczęto troszkę bardziej doceniać swoich zawodników. Mi ta II liga w Tarnobrzegu w zupełności wystarcza.

Normalność to zresztą dla mnie kluczowe słowo, jeśli chodzi o Siarkę. Tej właśnie normalności brakuje mi od czasu, gdy prezesem klubu był Grzegorz Ciszewski. Wówczas było szukanie funduszy i kilka ciekawych pomysłów. Najogólniej w świecie coś robiono, by w klubie żyło się lepiej. Niestety Ciszewski nie do końca spodobał się pewnym osobą i musiał ze swojej funkcji zrezygnować. Jego następca rozwiązywanie problemów zaczął od wyprzedawania klubowego majątku. Później pojawili się akcjonariusze, którzy chętnie chcieli mieć swoje udziały w klubie. Za każdym razem jednak były te same finansowe oczekiwania wobec miasta. Dzisiaj ten czas powoli dobiegł końca.

Końca dobiegła wreszcie zimowa przerwa, która przyniosła za sobą kilka dość zaskakujących i nieoczekiwanych zmian. Na uwagę zasługują transfery, które w dobie miejskich cięć muszą robić wrażenie. Poważnym konkurentem dla Melona został Daniel Szczepankiewicz. Siłę ofensywną Siarki wzmocnili zawodnicy, którzy mieli już okazję biegać po boiskach Ekstraklasy. Mowa oczywiście o Traore i Oziębale. Do zespołu dołączył również perspektywiczny, serbski napastnik Filip Rajevac, a także przebywający od dłuższego czasu w Tarnobrzegu, lewy obrońca Karol Hodowany. Pojawili się również wychowankowie, którzy mieli okazję grać praktycznie w każdym ze sparingów tej zimy.

Najbardziej istotnym zimowym transferem z mojej perspektywy jest oczywiście pozyskanie Mariusza Kukiełki. Nie ma w tym żadnej przesady, bo Kukiełka od dawna był piłkarzem najbardziej wyczekiwanym przez kibiców Siarki. Nieprzychylność pewnych osób sprawiła jednak, że znalazł się w Sandomierzu, gdzie zresztą zaliczył świetną rundę. Dzisiaj na szczęście już nikomu nie przyjdzie do głowy oplatać głupot, że sam zawodnik jest zwyczajnie zbyt stary. Kukiełka poza ogromnym profesjonalizmem i umiejętnościami piłkarskimi będzie dla tego zespołu kimś bardziej znaczącym niż inni piłkarze. Emocjonalne przywiązanie do klubowych barw z pewnością wykreuje w nim postać lidera drużyny. Oznacza to, że w razie potrzeby będzie mógł mieć prawo potrząsnąć całą resztą zespołu. Dla samego Kuźmy, który jako pierwszy wpadł na pomysł ściągnięcia Kukiełki pozyskanie tej klasy zawodnika oznacza przede wszystkim uniwersalność i pewien komfort. Przejawia się to w tym, że sam zawodnik będzie mógł zabezpieczyć grę na dwóch defensywnych pozycjach.

Od ostatniego ligowego gola Mariusza Kukiełki w barwach Siarki minęło już dokładnie 20 lat i 4 miesiące. Przez ten czas sam zawodnik zdążył grać z sukcesami w takich ligach jak holenderska, grecka czy niemiecka. Przy okazji były również tytuły mistrzowskie zdobywane przy Reymonta z Wisłą. Wiele tych pięknych momentów dało Kukiełce poczucie piłkarskiego spełnienia i osobistej radości. Do pełni tego szczęścia brakowało jednak czegoś najważniejszego – gry w Siarce Tarnobrzeg. Od niedzieli jego marzenie zacznie się spełniać. A może i już się spełnia. Sam Kukiełka lepszego debiutu przed własną publicznością wymarzyć sobie chyba nie mógł. Tak jak z tyłu głowy od dawna miał powrót do Siarki, tak teraz już wie, że za dwa tygodnie przy AN2 wystąpi nie w roli stałego widza, ale już pełnoprawnego piłkarza Siarki. Być może nie zabraknie też symbolicznego roweru w tle.

Zanim jednak nastanie ten derbowy czas Siarka rozegra dwa arcytrudne wyjazdowe mecze na początek. Najpierw w niedzielę ze Zniczem Pruszków, a tydzień później w Rybniku. W żadnym z tych pojedynków tarnobrzeski zespół nie będzie oczywiście faworytem. Za zespołem z Pruszkowa przemawia pozycja w tabeli i liczba traconych goli u siebie, ale też fakt, że ostatnia inauguracyjna wygrana Siarki na wyjeździe miała miejsce 20 lat temu. Wtorkowy mecz pucharowy Znicza z Lechem Siarce przede wszystkim pokazał jedną, bardzo mocną stronę Pruszkowian. Stałe fragmenty gry to coś, na co będą musieli koniecznie uważać tarnobrzescy piłkarze w niedzielę. Zawodnicy z Pruszkowa mają bardzo dobrze wyćwiczone rzuty wolne z bliższej bądź dalszej odległości. Wstrzelenie piłki w pole karne na rosłego zawodnika i zgranie głową dały Zniczowi we wtorek gola kontaktowego z Lechem oraz uderzenie po którym piłka uderzyła w słupek. Siarkowcy będą więc musieli wystrzegać się fauli na własnej połowie boiska.

Niełatwy początek sezonu sprawia, że piłkarskiej wiosny oczekuję z umiarkowanym optymizmem. Nie ma we mnie jakiegoś wielkiego napięcia i obawy tak jak to miało miejsce rok temu. Po prostu liczę na to, że zespół wiosną będzie spisywał się dużo lepiej niż jesienią. Przy okazji może uda się wreszcie wygrać jakieś derbowe spotkanie. Cieszy na pewno fakt, że to piłkarze sami sobie stawiają ambitne cele, bez jakiś zbędnych obiecanek. Mam nadzieję, że krok po kroku będą je realizować już od najbliższej niedzieli.

04:45, dante1002
Link Dodaj komentarz »