O tarnobrzeskiej piłce, o koszykówce, a przede wszystkim tarnobrzeskim sporcie...
RSS
piątek, 26 czerwca 2015

Zdjęcie - Grzegorz Lipiec

W pewnych sprawach lepiej nie pisać na gorąco. Szczególnie, gdy dotyczą one tematów, w których emocje mogą znacząco górować nad rozsądkiem. Poczekałem i dałem sobie kilka dni na chłodną ocenę sytuacji, z jaką po raz kolejny mamy do czynienia w  Siarce Tarnobrzeg.  Wszystko rozbija się oczywiście o pieniądze, publiczne pieniądze, które mają utrzymać Klub Sportowy Siarka. Problem doskonale wszystkim znany w Tarnobrzegu, powtarzany co pewien czas. W przypadku Siarki po raz kolejny już w tym roku. Tym razem zagrożenie większe, bo zaraz mogło się okazać, że z drugoligowych boisk wrócilibyśmy czasów IV ligowych wojaży po różnych wsiach. Takie piłkarskie niebezpieczeństwo jednak można było w pewien sposób przewidzieć. Kwota 180 tysięcy z miasta przeznaczona na kolejny nie dawała żadnego pokrycia. Prezesowi Siarki wydawało się jednak, że jakoś to będzie. Skoro dał na początku roku to i tym razem nie poskąpi i coś jeszcze dorzuci. Nic z tych rzeczy Panie Dziedzic. Czasy piłkarskiego eldorado w Tarnobrzegu się skończyły i mam nieodparte wrażenie, że również Pana czas dobiegł końca.

O podaniu się do dymisji Dariusza Dziedzica pisałem już kilka miesięcy temu. Dzisiaj mam wewnętrzną satysfakcję, że o to samo zaapelował w tym tygodniu Prezydent Grzegorz Kiełb. Czas najwyższy. Przez kilka miesięcy prezes Siarki nie zrobił kompletnie nic, co mogłoby poprawić sytuację. Dziedzic wiedział na czym stoi od dłuższego czasu, a mimo to chyba naiwnie wierzył, że miasto ponownie pomoże. Tak to już właśnie bywa, gdy klub utrzymywany jest przez miasto, a zarządza nim ktoś kto był kolegą kogoś. Taką osobę w pierwszej kolejności będzie interesowało  ile co miesiąc wpłynie na konto. Klub i jego przyszłość ma w tym przypadku ma niewielkie znaczenie. Liczy się tu i teraz, a nie jakaś tam wizja. Znajomy menadżer i tak podrzuci między czasie jakiegoś Rajevaca aby nikt się nie czepiał, że prezes nic nie robi. Wegetacja aby tylko trwać na wygodnym stanowisku.

O tym, jakim prezesem jest Dariusz Dziedzic najlepiej świadczą jego dotychczasowe osiągnięcia. Nie tylko w Siarce. Najpierw była Wielowieś. Klub z bogatą historią, którego Dziedzic był albo i dalej jest prezesem. Mało ważne w każdym razie. OKS Wielowieś oglądało się z dużą przyjemnością. Szkutnik przy wsparciu Dziedzica zrobił świetną drużynę, z którą wywalczył awans do okręgówki. Później wszystko diametralnie się zaczęło zmieniać, gdy Dziedzic powoli przejmował stery w Siarce Tarnobrzeg. Wiceprezes Siarki całkowicie zapomniał o swojej osiedlowej drużynie. Przypomniał sobie później, gdy nie było ani trenera  i tym bardziej żadnych przygotowań do rundy wiosennej. Na ratunek było już jednak za późno. Wielowieś w dwa sezony zaliczyła dwa spadki i wróciła tam, skąd zaczynała swój marsz. W przypadku rezerw Siarki obecny sezon również obnażył całkowicie sposób zarządzania klubu przez Dariusza Dziedzica. Brak awansu przy takich możliwościach i takim zapleczu kadrowym to po prostu wstyd dla Siarki Tarnobrzeg. Wspominać o pierwszym zespole już nie mam zamiaru, bo wszyscy widzieli jak to wyglądało. Sam Grzegorz Kiełb najlepiej to podsumował nawiązując do trenera Tułacza i 60 zawodnikach, którzy przewinęli się przez zespół w ostatnim czasie. Pomysłu faktycznie nie było, a i wyników w ostatnim czasie również.

Ostatnia konferencja na temat Siarki Tarnobrzeg nie pozostawiła chyba cienia złudzeń. Krótko, konkretnie i na temat. Prezydentowi według mnie niczego zarzucić nie można. Kiełb postawił pod ścianą Dziedzica. Ten nie ma właściwie wyboru, ale jak widać jeszcze kurczowo trzyma się swojego stołka. Jak długo będzie to trwało tego nie wiem, ale im szybciej ustąpi tym lepiej dla klubu. Praktycznie za miesiąc ma się rozpocząć kolejny sezon. Rok temu o tej porze mniej więcej wiedzieliśmy, kto będzie występował w drużynie. W obecnej sytuacji, do wczoraj były nawet pewne wątpliwości czy drużynę dalej będzie prowadził Włodzimierz Gąsior. Czasu niestety już jest bardzo mało, ale chyba nie muszę mówić, kto do takiej sytuacji dopuścił. Najwyższa więc pora na męską decyzję. Najlepiej dużo szybszą niż ta z założeniem klubowej strony internetowej.

04:33, dante1002
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 czerwca 2015

 Zdjęcia - Barbara Szczepanek

GENEZA AWANSU

Ta piękna, a jednocześnie i bolesna historia swój początek miała w 2012 roku. To właśnie wtedy, trwająca wiele lat przygoda Koniczynki w A klasie dobiegła końca. Spadek w piłkarski niebyt do najniższej klasy dla zespołu prowadzonego początkowo przez Józefa Kaputa nie był z pewnością miłym doświadczeniem. Załamywania rąk w Ocicach jednak nie było. W stosunkowo niedługim czasie do klubu przybyli dwaj nowi zawodnicy. Ich obecność mogła zwiastować tylko jedno – szybkie odrodzenie się. Wraz z końcem swojej bogatej kariery do Koniczynki dołączył doskonale znany duet z boiska przy Alei Niepodległości. Mariusz Łukawski i Michał Kozłowski z resztą zespołu szybko odnaleźli się w nowej dla siebie piłkarskiej rzeczywistości. Koniczynka rundę jesienną skończyła na pozycji wicelidera. Straty punktowe, jakie poniosła jesienią okazały się jednak bardzo kosztowne w ostatecznym rozrachunku. Mimo, że runda wiosenna całkowicie należała do drużyny z Ocic (37/39 punktów) to liderującego zespołu ze Stalów nie udało się dogonić. Zamiast bezpośredniego awansu były baraże, dość wyraźnie przegrane ze Spartą Groble.

W kolejnym sezonie awans był już dosłownie na wyciągnięcie ręki. Koniczynka mimo falstartu na inaugurację rundę jesienną zakończyła na pozycji lidera. Wiosna toczyła się pod dyktando zespołów z Ocic i Hadykówki. Obie drużyny grały w jednostajnym, zwycięskim rytmie. Kluczowe dla losów awansu okazało się bezpośrednie starcie obu ekip w Ocicach. Koniczynka przegrała 0-3 i stało się jasne, że bezpośredni awans znowu padnie łupem kogoś innego. Ceramika do końca rundy już się nie potknęła. Co innego Koniczynka, która kilka dni później podzieliła się punktami z Wolą Baranowską. Po raz kolejny losy całego sezonu w przypadku tarnobrzeskiego zespołu ważyły się w barażach. Pierwsza połowa tego dwumeczu w Ocicach dla gospodarzy ułożyła się znakomicie. Zespół Mariusza Łukawskiego zagrał kapitalną pierwszą połowę, po której prowadził 4-0. W drugiej części Koniczynka opadła nieco z sił i dała sobie wbić dwa gole, ale przed rewanżem i tak byli w dużo lepszej sytuacji. Drugi, decydujący mecz przez długi czas nie zapowiadał piłkarskiego kataklizmu, jaki wydarzył się po upływie regulaminowych 90 minut. Sarzyna, która prowadziła 1-0 w końcówce spotkania wbiła dwa gole zespołowi z Ocic i awansowała do A klasy.

Oba te pechowe sezony w Ocicach spotęgowały do granic możliwości chęć powrotu do wyższej klasy i poczucie piłkarskiego głodu, które dało się odczuć nawet na uroczystych obchodach 20-lecia klubu. Prawdziwa sportowa złość mieszała się z rządzą szybkiego rewanżu. Koniczynka pomimo ogromnego pecha nie zgubiła poczucia własnej zespołowej wartości, która od pewnego czasu cechowała tą drużynę . Co więcej, to właśnie te nieszczęśliwie przegrane oba sezony jeszcze bardziej scementowały zespół i umocniły wiarę w osiągnięcie końcowego sukcesu. Nikt nie zamierzał odpuszczać. W Ocicach obyło się też bez nerwowych ruchów kadrowych. Praktycznie nikt nie ubył, a Ci, którzy przyszli nie mieli problemów z aklimatyzacją się w nowym dla siebie środowisku. Co więcej spełnili pokładane w nich oczekiwania.

Wszystko co złe, kiedyś musi się wreszcie skończyć. Realizację niespełnionych, urodzinowych marzeń Koniczynka rozpoczęła co prawda najgorzej jak mogła, przegrywając w Zakrzowie na inaugurację 0-3. – Mecz z Juniorem Zakrzow to był totalny blamaż. Zagraliśmy zawody do których jak się to mówi nie dojechaliśmy. W głowie mieliśmy wakacje, porażkę w Sarzynie i przesyt piłki – podsumował Mariusz Łukawski. Później było już tylko lepiej. Koniczynka w rundzie jesiennej punktowała rywali zarówno u siebie, jak i na wyjazdach. 10 wygranych spotkań, 2 remisy i właśnie wspomniana klęska w Zakrzowie sprawiła, że zespół z Ocic na półmetku sezonu zameldował się na pozycji wicelidera, tracąc do Żabna zaledwie dwa punkty.

O tym, że sukces w Ocicach rodził się w prawdziwych mękach i bólach świadczą nie tylko barażowe porażki. Wiosną spotkań, w których szło Koniczynce jak po grudzie było co najmniej kilka.  Większa część tych najtrudniejszych potyczek w rundzie rewanżowej miała miejsce właśnie w Ocicach. W meczu z Zakrzowem 3 punkty udało wywalczyć się dopiero na kwadrans przed końcem, gdy rzut karny na gola zamienił Marcin Ordon. Z Wolą Baranowską w zdobyciu kompletu punktów największy udział mieli Sylwester Cebula i Patryk Turek. Pierwszy z nich zdobył decydującą bramkę na kilka minut przed końcem. Turek z kolei kapitalną interwencją w samej końcówce uchronił zespół przed stratą punktów. Nerwowo było również w derbowym meczu z Sobowem, gdzie rzutem na taśmę udało się wywalczyć niezwykle cenny punkt. Twierdza Ocice ostatecznie przez nikogo nie została w tym sezonie zdobyta.

Najbardziej istotne dla losów całego sezonu wydarzenia miały miejsce na kilka kolejek przed końcem sezonu. Po drugiej i jak się później okazało ostatniej porażce w Knapach Koniczynce przyszło się mierzyć u siebie z LZS-em Żabno. Wicelider rozgrywek, którego zespół z Ocic na początku maja strącił z ligowego piedestału, zdobywając trzy punkty miał jeszcze szansę wrócić na fotel lidera. Szlagierowy pojedynek co prawda lepiej zaczęli goście, ale z każdą kolejną minutą przewaga Koniczynki była coraz większa. Udokumentowaniem tego było pierwsze trafienie Sylwestra Cebuli, który sfinalizował akcję Marcina Ordona. W drugiej połowie swoje trzy grosze dołożyli głównie zmiennicy. Wiktor Żwirek podwyższył wynik meczu, a Alek Kołodziej zabierając się z piłką precyzyjnie dograł wzdłuż bramki do nadbiegającego Kamila Szczapanika. Swój udział przy wszystkich tych bramkach miał Michał Kozłowski. To właśnie jego ogromne boiskowe doświadczenie w środku pola ograło kluczową rolę w końcówce sezonu.

Prawdziwy pokaz siły lidera większości rywali nie pozostawiał większych złudzeń. W grze o bezpośredni awans pozostał już tylko Kolejarz, który do końca wywierał presje na Koniczynce. Zespół z Ocic jednak potrafił sobie z nią umiejętnie poradzić. Wygrana w Chmielowie i zimna krew lidera w meczu z Żupawą  sprawiły, że do awansu potrzebny był już tylko jeden krok. Nastąpił on w niedzielę, na dolnym boisku przy Zwierzyńcu. To właśnie tam Koniczynka w pełni zasłużenie przypieczętowała awans pokonując Wspólnotę Serbinów 2-0 z którą nomen omen rozpoczynała swoją przygodę w B klasie. Ogromna wytrwałość, determinacja i dążenie do celu po trzech latach w końcu przyniosło oczekiwany skutek. Żaden inny zespół w B klasie nie zasłużył na awans tak bardzo, jak właśnie Koniczynka Ocice.

Najpiękniejsze scenariusze ponoć piszą się same i tak też było w przypadku drużyny z Ocic. Upragniony sukces Koniczynki to efekt ciężkiej pracy całego zespołu, który na przestrzeni tego sezonu przypominał wielką piłkarską rodzinę. Wszyscy zjednoczeni w jednym celu, który wreszcie wspólnymi siłami udało się osiągnąć. Po trzech latach nareszcie jest ogromna ulga i jednoczenie poczucie kapitalnie wykonanej roboty. Jest czas również na szampana i wielką radość. Po takim sukcesie trzeba jednak pamiętać aby nie zatracić się w tym A klasowym szaleństwie. Za chwilę przyjdzie czas aby zacząć myśleć już o kolejnym sezonie, który dla Koniczynki będzie niewątpliwie jeszcze trudniejszy niż ten, który zakończył się kilka dni temu. Twardo stąpający po ziemi trener Mariusz Łukawski po końcowym gwizdku w niedzielę już miał świadomość tego wyzwania, przed jakim zespół z Ocic stanie już za kilka tygodni. Prawdziwy profesjonalizm.

TO ONI WYWALCZYLI AWANS

PATRYK TUREK - bramkarz, którego największym atutem są bez wątpienia warunki fizyczne. W B klasie żaden inny golkiper nie mógł się z nim równać, jeśli chodzi o parametry wzrostu. Turek godnie zastąpił Krzysztofa Wolaka, który po sezonie przeniósł się do Stalów. Między słupkami występował praktycznie przez cały sezon. Wyjątkiem od reguły były jedynie trzy mecze jesienią, w których bronił również Łukasz Wolak. W 10 spotkaniach golkiper Koniczynki zachował czyste konto. Wiosną dość wymiernie przyczynił się do awansu Koniczynki. Lecącą w samo okienko piłkę w ostatnich minutach meczu z Wolą Baranowską sparował na rzut rożny. W Kopciach obronił rzut karny przy stanie 0-0. Jego atutem był nie tylko zasięg ramion. Dobrze wznawiał grę nogą.  Troszkę gorzej było na przedpolu, gdy czasami brakowało dobrej komunikacji z obrońcami lub rękawice nie kleiły tak jak powinny. Sezon mimo to na duży plus.

TOMASZ LUBERA – praktycznie od małego związany z rodzimym klubem. Dobry duch zespołu i jednoczenie etatowy zmiennik. W tym sezonie grywał mało. W pełnym wymiarze czasowym rozegrał zaledwie jedno spotkanie. Gdy wchodził z ławki to raczej niczego na boisku nie zepsuł.

MICHAŁ FĄFARA - wiosną bardzo sporadycznie pojawiał się na boisku. Jesienią natomiast był podstawowym zawodnikiem Koniczynki. Na boisku prezentował ogromne poświęcenie i walkę. Jako boczny obrońca ochoczo podłączał się w akcje ofensywne swojego zespołu. Nigdy nie odstawiał nogi. Nie uniknął przy tym oczywiście drobnych błędów, ale w oczach samego trenera zasłużył na spore wyróżnienie.

PIOTR KRYTUSA – jeden z najbardziej czysto grających defensorów. W całym sezonie obejrzał zaledwie 2 żółte kartki. Jako boczny obrońca grał bardzo ostrożnie i zachowawczo. Rzadko zapędzał się pod pole karne rywali, ale gdy to robił potrafił dobrze dorzucić piłkę do nadbiegających zawodników. Całkiem nieźleradził sobie w tyłach.

RADOSŁAW MACIĄGOWSKI - do drużyny z Ocic przychodził z Wielowsi, jako nominalny obrońca. Z czasem jednak został przekwalifikowany na inną pozycję. Operujący lewą nogą zawodnik z każdym kolejnym meczem nabierał jeszcze większej pewności i dojrzałości w nowym zespole. Maciągowski swoją przydatność w Koniczynce potwierdził szczególnie wiosną, gdy rozegrał kilka naprawdę dobrych spotkań dorzucając do tego parę bramek. Jakby tego było mało był najlepiej asystującym zawodnikiem z całej drużyny, co tylko potwierdza, że jego przyjście było strzałem w dziesiątkę.

ŁUKASZ ORDON – najgłośniejszy na boisku. Jego postura znacząco ułatwiała mu walkę o każdą piłkę w środku pola. Mimo, że dla Koniczynki zdobył zaledwie 1 bramkę w tym sezonie to był niezwykle pożytecznym zawodnikiem na boisku. Nieustępliwy i twardy jak skała. Z cudem graniczyło wygrać z nim pojedynek bark w bark. W znaczący sposób przyczynił się do sukcesu.

ALEKSANDER KOŁODZIEJ – od ładnych paru sezonów związany z Koniczynką. Na boisku pojawiał się tylko wiosną jako zmiennik. Zdecydowanie najlepszą zmianę dał w meczu z Żabnem, gdy po precyzyjnym przerzucie ze środka pola zabrał się z piłką w pole karne i idealnie obsłużył nadbiegającego Kamila Szczepanika.

JAN KOŁODZIEJ – najbardziej zadziorny zawodnik Koniczynki. W tym sezonie nazbierał najwięcej żółtych kartek z całego zespołu. Kołodziej, który jeszcze nie tak dawno borykał się z poważną kontuzją w dobrym stylu wrócił do drużyny. Swoją przydatność w środku pola zaprezentował w kilku spotkaniach strzelając przy tym również 2 gole.

ŁUKASZ DZIADURA  jeden z najbardziej uniwersalnych zawodników Koniczynki w tym sezonie. Jak na kapitana przystało przybił ostatni bramkowy stempel na awansie swojego zespołu. Dziadek do siatki rywali nie trafiał już tak często, jak dwa sezony temu, ale w drużynie pełnił inne, równie odpowiedzialne zadania. Jesienią grywał przeważnie jako napastnik. Z czasem został cofnięty do pomocy, aż na koniec sezonu znalazł się na środku obrony. Jego indywidualny dorobek to 6 goli i 4 asysty.

WIKTOR ŻWIREK – najlepszy joker w talii Koniczynki wiosną. Jego największym atutem jest gra tyłem do bramki, dobre utrzymywanie się przy piłce i niezły strzał z dystansu. Grający jeszcze za czasów Mariusza Łukawskiego w Iskrze Sobów lewo nożny pomocnik do Ocic przybył w 2015 roku. Praktycznie przez całą rundę wiosenną na boisku pojawiał się w ławki. W większości spotkań jego wejścia kończyły się bardzo pozytywnym skutkiem. Już w debiucie z Zakrzowem swoje wejście zaakcentował dwoma strzałami, które mogły zaskoczyć bramkarza rywali. W Kopciach zaraz po wejściu zdobył bramkę. Nie inaczej było również w meczu z Żabnem, gdzie dobił wicelidera prezentując później cieszynkę Mario Ballotelliego. W przeciwieństwie do Włocha, Żwirek w swoim nowym zespole wypalił.

SYLWESTER CEBULA – w niezbyt miłej atmosferze pożegnał się z Serbinowem aby trafić do Ocic. Początki dla czołowego pomocnika Wspólnoty w nowym klubie nie były łatwe. Cebula jesienią gole strzelał przeważnie drużynom z dołu tabeli, a swój najlepszy występ zanotował w Żupawie. Wiosną było już nieporównywalnie lepiej. Gol na wagę trzech punktów zdobyty z Wolą Baranowską dodał mu większej pewności na boisku i dał mu miejsce w podstawowym składzie Koniczynki. Sezon zakończył z dorobkiem 7 goli i 4 asyst. Niezła gra w rundzie rewanżowej i liczby potwierdziły przydatność w zespole z Ocic. 

PIOTR DRZEWIŃSKI – od wielu lat w zespole z Ocic. Cichy, spokojny i niezwykle opanowany, a przy tym bardzo często też poniewierany po boisku. Pomocnik Koniczynki w tym sezonie zdobył 1 bramkę, zanotował 3 asysty. Statystyka dość przeciętna, jak na zawodnika tej formacji. 23 letni zawodnik chyba jeszcze nie pokazał drzemiących w nich sporych możliwości. Najlepszym dowodem tego był efektowny wolej w Knapach po którym piłka o mały włos nie złamała poprzeczki.

KAMIL SZCZEPANEK – obrona i pomoc były jego nominalnymi pozycjami w tym sezonie. Na żadnej z tych formacji raczej nie zawodził, chociaż rundę jesienną miał troszkę lepszą niż wiosenną. Swoje najlepsze spotkanie rozegrał chyba przeciwko Wspólnocie Serbinów w pierwszej części sezonu. W rundzie rewanżowej Szczepanek m.in. przypieczętował wygraną z Żabnem. Dla Koniczynki zdobył 6 goli i zaliczył 4 asysty.

MARCIN ORDON – grający prezes, który był na boisku i poza nim prawdziwym architektem sukcesu Koniczynki. Wiosną strzał się zawodnikiem od zadań specjalnych. Każde z jego sześciu trafień w rundzie rewanżowej dla zespołu z Ocic miało niebagatelne znaczenie. Większego problemu nie miał, gdy przyszło mu strzelać rzuty karne zespołom z Zakrzowa i Woli Baranowskiej. Ordon bramkami zdobytymi głową swój zespół na prowadzenie wyprowadził w meczach z Tarnowską Wolą i Żupawą. W meczu z Iskrą to właśnie dzięki jego trafieniu w ostatnich sekundach meczu twierdza Ocice została obroniona. Co więcej to po jego akcji Koniczynka wyszła na prowadzenie w arcyważnym spotkaniu z Żabnem. Runda wiosenna była jego popisem.

KRZYSZTOF BARNAŚ – najbardziej bramkostrzelny zawodnik Koniczynki i jednocześnie król strzelców klasy B. W tym sezonie napastnik z Ocic przeżywał lekkie wahania formy. Jesienią dla swojego zespołu zdobył 14 goli, choć przy większej dozie szczęścia i precyzji ten bilans mógłby być znacznie lepszy. Na początku rundy wiosennej strzelecki karabin Ibisza się lekko zaciął. Odblokował się po miesiącu w Krzątce, gdzie zdobył dwie bramki. Swój najlepszy indywidualny wynik snajper z Ocic zanotował w Chmielowie, na koniec sezonu, gdzie zdobył cztery gole i wyprzedził w klasyfikacji strzeleckiej Dawida Kawęckiego z Żabna.

MICHAŁ KOZŁOWSKI – najstarszy zawodnik zespołu. Do drużyny dołączył stosunkowo późno, ale znacząco pomógł w wywalczeniu upragnionego awansu. O tym, jak ważnym graczem dla Koniczynki był w tym sezonie świadczyły przede wszystkim terminy i godziny spotkań w Ocicach, które były mu podporządkowywane. Kozłowski wiosną dzielił i rządził w środku pola. Popisową partię rozegrał w meczu z Żabnem. W 9 meczach zaliczył 8 asyst. Więcej nie trzeba chyba nic dodawać. Po prostu klasa.

MARIUSZ ŁUKAWSKI – mózg i jednocześnie serce Koniczynki Ocice. Bez niego na pewno nie byłoby tego awansu. Semen przyzwyczaił wszystkich do tego, że zawsze na boisku zostawiał serducho i walczył do samego końca. Jego trenerskie podejście, boiskowe doświadczenie i piłkarskie umiejętności okazały się kluczowe dla tego zespołu.

ŁUKASZ NOWAK I TOMASZ KARCZEWSKI – na boisku w tym sezonie pojawiali się zbyt krótko aby ich ocenić.

LICZBY KONICZYNKI OCICE

Koniczynka jako jedyna drużyna z Tarnobrzega sezon zakończyła na 1 miejscu, ale nie tylko jedynkę można uznać za liczbę zespołu z Ocic. Wśród rozmaitych wyliczeń warto skupić się również na innych liczbach opisujących nową siłę w A klasie.

66 – łączna liczba punktów, jakie Koniczynka zdobyła w tym sezonie. Punktowy wynik jest identyczny, jak dwa sezony temu, gdy zespołowi z Ocic nie udało się dogodzić Transdźwigu Stale.

20to właśnie tyle liczyła najdłuższa seria spotkań bez porażki. Należała ona oczywiście do Koniczynki Ocice.

21 – tyle zwycięstw w tym sezonie odniósł zespół Mariusza Łukawskiego. Koniczynka skopiowała swój ogólny bilans sprzed dwóch sezonów, kiedy to 21 razy wygrywała, 3 razy remisowała i poniosła 2 porażki. Wtedy taki wynik wystarczył jedynie na baraże.  

26tyle spotkań (najwięcej z całego zespołu) rozegrał Mariusz Łukawski. Trener Koniczynki w tym sezonie spędził najwięcej minut na boisku. Drugi pod tym względem był Patryk Turek, a zaraz za nim Kamil Szczepanek i Radosław Maciągowski. Łącznie we wszystkich spotkaniach zespołu z Ocic wystąpiło w sumie 21 zawodników.

13od tylu miesięcy nikt nie jest w stanie wygrać w Ocicach. Seria 15 spotkań bez porażki na własnym obiekcie dla Koniczynki rozpoczęła się jeszcze w poprzednim sezonie. Ostatnią drużyną, której udało się zwyciężyć na Ocickiej 47 była oczywiście Ceramika Hadykówka.

9 – dokładnie tylu zawodników z obecnej kadry występowało w drużynie, która trzy lata temu rozgrywki A klasy kończyła na przed ostatnim miejscu.

22 – to dorobek lidera strzelców zarówno Koniczynki Ocice jak i całych rozgrywek B klasy. Krzysztof Barnaś do 14 goli zdobytych jesienią dorzucił 8 trafień wiosną. Połowę bramek strzelonych w rundzie rewanżowej zdobył w Chmielowie, co znacząco wpłynęło na jego sukces indywidualny.

80dokładnie tyle spotkań rozegrała Koniczynka w klasie B aby po 3 latach ponownie wrócić do wyższej klasy rozgrywkowej.

27 - średnia wieku zespołu, który w niedzielę przypieczętował swój awans. 

1099 - tyle dni Koniczynka czekała aby znowu uczestniczyć w rozgrywkach A klasy.

04:10, dante1002
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 czerwca 2015

Byli organizacyjnie i piłkarsko ponad wszystkimi drużynami. Mieli wszystko we własnych rękach i nogach. Szeroki skład, piłkarskie umiejętności i przewagę paru punktów nad resztą stawki. Dzisiaj na dwie kolejki przed końcem rozgrywek są bliscy powtórzenia swojego wyniku z poprzedniego sezonu. Zajęcie po raz kolejny miejsca na najniższym stopniu ligowego podium dla rezerw Siarki Tarnobrzeg oznaczało będzie nie tylko brak awansu, ale przede wszystkim prawdziwą porażkę.

Jeszcze na półmetku sezonu wszystko wydawało się być pod pełną kontrolą. Drugi zespół otrzymywał solidne wsparcie z pierwszej drużyny, co przekuwało się na osiągane wyniki. Kluby przyjeżdżające na Zwierzyniec z reguły do domu wracały z bagażem 7-8 bramek, a rezerwy Siarki po każdym kolejnym spotkaniu dopisywały sobie kolejne trzy punkty. Ligowa sielanka trwała do maja, gdy drugi zespół najpierw uratował w ostatnich minutach remis z Koroną aby w kolejnych spotkaniach przegrać z Jeziorakiem i Sanną. Porażka z tym drugim zespołem szczególnie zabolała, bo w składzie Siarki nie zabrakło wzmocnień z pierwszego zespołu. Ani Robert Chwastek, ani Filip Rajevac, ani zdjęty po godzinie gry z boiska Tomasz Persona nie odmienili gry tarnobrzeskiego zespołu. Tydzień później udało się już odnieść okazałe zwycięstwo, ale okoliczności w jakich do tego doszło były wręcz kuriozalne. Uformowany w ostatnim momencie 9 osobowy skład stanął na wysokości zadania. Dużo gorzej było w przypadku osób, które doprowadziły do takiej sytuacji.

Punktowe straty swoje odzwierciedlenie znalazły w ligowej tabeli. Drugi zespół Siarki, którzy przez większą część sezonu przewodził w ligowej stawce swoje miejsce stracił na rzecz Transdzwigu Stale. Różnica nie była znacząca, ale aby ją zniwelować rezerwy potrzebowały wygranej w Stalach. Mecz o niebagatelnym znaczeniu dla układu tabeli przez dłuższy czas lepiej układał się dla Siarki. Robiący najwięcej piłkarskiego zamieszania na boisku Tomasz Persona dzięki indywidualnej akcji i samobójczej bramce rywali wyprowadził swój zespół na prowadzenie. W drugiej połowie na boisku rządzili już gospodarze, którzy co chwila stwarzali zagrożenie pod bramką Komorowskiego. Bramkarz Siarki do pewnego momentu wychodził obronną ręką z groźnych sytuacji, jednak to co zrobił przy straconej bramce zapamięta na długo. Kuriozalny gol całkowicie odebrał całkowicie ochotę do gry Siarce, którą od porażki w końcówce uchroniła poprzeczka.

Utraconych punktów w Stalach nie udało się też odzyskać również w zaległym spotkaniu z Jadachami. Gra na obiekcie przy Alei Niepodległości w dość mobilizujący sposób podziałała na gości, którzy dzięki kapitalnej bramce z 35 metrów wyszli na prowadzenie. Przy utracie gola ponownie nie popisał się bramkarz, który stojąc na 10 metrze dał się przelobować. Siarka dążyła do wyrównania, ale sposób w jaki to robiła pozostawiał wiele do życzenia. Trafienie jeszcze przed przerwą Persony dało remis, który już nie uległ zmianie. Kolejna strata punktów okazała się już dużo kosztowniejsza niż ta poniesiona kilka dni temu w Stalach. Rezerwy Siarki straciły nie tylko punkty, ale przede wszystkim drugą pozycję w tabeli, która pozwalała myśleć o miejscu barażowym.

Na dwie kolejki przed końcem sezonu będzie już niezwykle trudno coś zmienić. Kolejny sezon i kolejny brak awansu. W poprzednim roku można było to zrozumieć. Pierwszy taki sezon dla rezerw, do tego solidni rywale z Sokolników czy Stalowej Woli. W tym roku taki wynik jest trudny do wytłumaczenia. Zespół, który miał w tej lidze wszystkie karty w ręku po raz kolejny pozostaje z niczym. Może to dobry moment aby zastanowić się nad przyszłością i sensownością drugiej drużyny, złożonej głównie z juniorów tarnobrzeskiego klubu aby za rok znowu nie narażać się na podobne rozczarowanie.

W całej tej sytuacji trudno winić samych młodych zawodników Siarki. Nie jest jednak tajemnicą, że w  tak rewelacyjnie spisującym się w poprzednim sezonie zespole Macieja Wojnara ewidentnie coś pękło. Widać to było nie tylko po wynikach, ale przede wszystkim po samej grze. Juniorzy Siarki tej wiosny grali bez błysku i młodzieńczego polotu, którego nie brakło im rok temu. Wtedy z większą przyjemnością oglądało się tą drużynę. Dzisiaj tego niestety brakuje. Jest za to dużo niezrozumiałych błędów i niedokładności – słowem istny piłkarski chaos, ale tej wiosny tak właściwie wygląda cały ten klub.

03:40, dante1002
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 czerwca 2015

Ligowe rozgrywki w Polsce powoli dobiegają końca. Zostały już właściwie tylko trzy kolejki aby móc jeszcze nacieszyć się piłką przed wakacyjnym detoksem. Przed niedzielną serią gier dylematów jest co najmniej kilka, a ten najważniejszy tyczy się Siarki Tarnobrzeg. Tak się złożyło, że równolegle o tej samej porze swoje mecze rozgrywać będą dwie tarnobrzeskie drużyny. Jedna na poziomie II ligi, a druga w A klasowej rzeczywistości. Na pozór wybór, z racji rangi i poziomu rozgrywek powinien wydawać się oczywisty. W moim przypadku jednak tak nie jest. Bez wahania polecam przejażdżkę do Stalów. To właśnie tam dojdzie do pojedynku, który być może rozstrzygnie sprawę bezpośredniego awansu do klasy okręgowej.

Dariusz Dziedzic przed ostatnią ligową kolejką w II lidze czynił ponoć usilne starania aby mecz rezerw w Stalach przełożyć na inną godzinę. Wszystko ponoć w obawie, że spotkaniem drugiej drużyny Siarki zainteresuje się znacznie więcej kibiców niż meczem przy Alei Niepodległości. Prezesa Siarki oczywiście po części rozumiem, bo pewnie chciałby na koniec sezonu jakoś podreperować budżet. W obecnej sytuacji uważam jednak, że nie jest to możliwe. Ba! Sądzę nawet, że gdyby ostatni mecz z Rakowem nie był biletowany to i tak przy Alei Niepodległości pojawiłaby się garstka osób. Zarząd swoimi decyzjami, a piłkarze swoją grą w przekroju całego sezonu, a zwłaszcza rundy wiosennej po prostu zniechęcili całkowicie kibiców do przychodzenia na stadion.

W tym całym naszym II ligowym marazmie chyba jedynym pocieszeniem jest fakt, że ten sezon już się kończy. Przez najbliższe tygodnie odpoczniemy już od tych wszystkich porażek i klęsk, jakie tarnobrzeska drużyna ponosiła na przestrzeni całej rundy. Nagromadziło się tego naprawdę sporo i gdyby nie to, że jesienią udało się nazbierać trochę punktów, to dzisiaj pewnie żegnalibyśmy się z rozgrywkami na tym poziomie. Brutalna prawda jest taka, że wiosną gorszej drużyny jak Siarka w II lidze po prostu nie było.

Od pewnego czasu odnoszę wrażenie, że w tym klubie niektóre osoby zbyt szybko zachłysnęły się sukcesem z poprzedniego sezonu, gdy udało się stworzyć solidną drużynę, która otarła się o awans. Zarząd poczuł się pewnie, a piłkarze zbyt samowolnie. Do tego stopnia, że chyba w znaczący sposób wpłynęli na późniejszą decyzję o zwolnieniu Tułacza. Byłemu już trenerowi Siarki zresztą też nie po drodze było z jednym działaczem, dość mocno zakorzenionym w strukturach tego klubu. Zmiana na stanowisku szkoleniowca niczego dobrego Siarce nie przyniosła. Ciężko jednak aby tak się stało w sytuacji, gdy piłkarze-mąciciele zostali, a tarnobrzeski klub od pewnego momentu właściwie przestał przypominać zespół. Po kilku porażkach u siebie część piłkarzy ze spuszczonymi głowami zostawała na boisku, a część szybko udawała się do szatni. Dla mnie to był dość jasny przekaz.

Za porządki w szatni wziął się Włodzimierz Gąsior. Co prawda robił to w mało elegancki i stosowny dla klubu sposób, ale ponoć ma to procentować w kolejnym sezonie. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Patrząc jednak na wszystko to, co dzieje się wokół tego klubu trudno mieć zbliżone nadzieje do tych, jakie towarzyszyły nam jeszcze przed rozpoczęciem rundy wiosennej. Nastawiać trzeba się raczej na te gorsze czasy, ale jakoś to przeżyjemy. Najważniejsze aby wreszcie była jakaś stabilizacja i prawdziwy zespół złożony z charakternych zawodników, a nie rozkapryszonej grupy grajków, którym wydawało się, że mogą decydować o wszystkim.

Wracam do spotkania w Stalach na które bez wątpienia warto się wybrać. Dla gospodarzy jak i dla rezerw Siarki będzie to mecz o niebagatelnym znaczeniu dla układu tabeli i losów awansu. Jeszcze kilka tygodni temu słyszałem pogłoski o tym, że oba zespoły miałby jakoś się dogadywać w sprawie awansu i ewentualnego barażu. Stale z pierwszego, a Siarka z drugiego. Troszkę mi się to wydawało dziwne w obliczu wielu kolejek, które zostały do rozegrania. Tematu ponoć nie było i bardzo mnie to cieszy, bo w niedzielę będą jakieś emocje i przede wszystkim gra o pewną stawkę.

O formę i dyspozycję gospodarzy się nie martwię. Transdzwig wielokrotnie udowadniał już w tym sezonie, że jest głównym pretendentem do awansu. W Stalach zresztą każdy poważnie podchodzi do piłkarskiego tematu, a największa w tym zasługa Rafała Oleniacza. W Siarce z kolei temat rezerw traktowany był raczej po macoszemu. Musiało narobić się troszkę medialnego szumu, gdy w jednym z meczów rundy jesiennej tarnobrzeski zespół przegrał nie otrzymując przy tym żadnego wsparcia z pierwszej drużyny. Później się to oczywiście zmieniło, o czym na własnej skórze przekonali się na Zwierzyńcu zawodnicy Transdzwigu.

W niedzielę podobnej pomocy bym się jednak nie spodziewał. Nie ukrywam jednak, że mecz w Stalach z mojego punktu widzenia jest dużo ważniejszy niż ten przy AN2. To właśnie w głównej mierze na nim powinna koncentrować się uwaga osób, które odpowiadają za imię Siarki. Sprawą priorytetową dla klubu z Tarnobrzega powinien być jak najszybszy awans drugiego zespołu do klasy okręgowej, gdzie poziom jest dużo wyższy niż ten obecny. Będąc kadrowo i organizacyjnie ponad wszystkimi zespołami w tej klasie rozgrywkowej to troszkę wstyd aby na trzy kolejki do końca druga drużyna Siarki nie była pewna swego. Może pora to zmienić, bo za chwilę może być już za późno. Tym bardziej, że w ligowej poczekalni jest jeszcze Jeziorak Chwałowice z nieśmiertelnym i niezniszczalnym Mietkiem Ożogiem.

03:15, dante1002
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 czerwca 2015

Dla jednych być może wyda się to dziwne. Dla innych nawet zabawne. Dla mnie jednak śmiertelnie poważne, bo dzisiaj gra idzie o dużą stawkę. Nie ma dla mnie znaczenia, że wszystko toczy się na najniższym szczeblu rozgrywkowym. W B klasie piłka ma dusze i gra się tam tylko i wyłącznie dla pasji, a nie dla pieniędzy. Kto nie wierzy to zapraszam do Ocic na godzinę 16. To właśnie o tej porze dojdzie tam do pojedynku o ligowy tron, a może i nawet o bezpośredni awans. Wszystko oczywiście za sprawą dwóch drużyn, które najwytrwalej rywalizują ze sobą w tym sezonie o najwyższe cele.

Mecz Koniczynki z Żabnem to bezapelacyjnie najważniejsze piłkarskie wydarzenie w B klasie na przestrzeni całej rundy wiosennej, a nawet i sezonu. Stawka meczu jest naprawdę spora wiec i moje oczekiwania co do tego spotkania są ogromne. Trudno się jednak dziwić, gdy lider podejmuje wicelidera. Kto więc ma stworzyć ciekawe widowisko, jak nie właśnie te dwie drużyny, które w tym sezonie nie ukrywają swoich A klasowych aspiracji. Tyle teoria. W praktyce może być z tym już różnie. Waga meczu czasami potrafi sparaliżować najlepszych wiec dzisiaj nie tylko forma sportowa na boisku ogrywała będzie kluczową rolę. Istotniejsza możne okazać się sfera mentalna.

Motywacji z pewnością nie zabraknie jednym i drugim, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Więcej po swojej stronie jej powinni mieć gospodarze, którym przez dwa sezony doskwiera uczucie prawdziwego głodu sukcesu, jakim bez wątpienia byłby powrót do klasy A. Chyba nie ma drugiej takiej drużyny, która dostarczałaby tylu sportowych emocji na tak niskim szczeblu rozgrywkowym. Baraże z ostatniego sezonu śmiało można by wyemitować w telewizji i nikt nie uznałby ich za nudne. Te słowa Mariusza Łukawskiego w pełni oddają rzeczywisty obraz tego, co na przestrzeni dwóch sezonów działo się w Ocicach. Koniczynka z barażowego piekła dzisiaj znowu wylądowała w piłkarskim czyśćcu, gdzie ważyć będą się jej losy awansu.

Za największy atut obu zespołów uważam zespołowość. Zarówno Koniczynka i Żabno to drużyny w których jest prawdziwa, piłkarska chemia i dobra atmosfera. W Ocicach od kilku sezonów Ci sami ludzie, którzy dość dobrze rozumieją i uzupełniają się na boisku. W Żabnie jest podobnie. Do tego ambitny prezes i rozsądny trener, których miałem zresztą okazję poznać bliżej. Obaj młodzi, pełni ogromnej wiary w to co robią i co najważniejsze niezrażeni niepowodzeniami poprzedniego sezonu, gdy ich zespół żegnał się z rozgrywkami A klasy. Obaj też dość często gościli na wiosnę w Ocicach aby mieć pełny pogląd na to, jak prezentuje się ich najgroźniejszy rywal. Dzisiaj przekonamy się czy ich obserwacje przyniosą pożądany skutek.

Jeśli dzisiaj mamy oglądać dobry mecz to obie drużyny muszą zagrać jak prawdziwy zespół. To nie może być dobry mecz paru piłkarzy, jak to czasami bywało w przypadku obu drużyn. Wiosna dla gospodarzy dzisiejszego meczu układała się nieco lepiej. Koniczynka dzisiaj po swojej stronie będzie mieć również atut własnego obiektu, który stał się prawdziwą twierdzą. Od ponad roku w Ocicach nikomu w lidze nie udało się wygrać. Najbliżej zwycięstwa byli jeszcze kilka tygodni temu gracze z Sobowa, którzy dosłownie skoczyli do gardeł gospodarzom. Koniczynkę wówczas od porażki uchronił sam prezes klubu.

Żabno na obcych boiskach w tej rundzie grało dość przeciętnie. Spośród całej ligowej czołówki poniosło najwięcej porażek. To właśnie przegrane w Kopciach czy Tarnowskiej Woli sprawiły, że zespół Tomasza Krasonia nie tylko stracił pozycję lidera, ale dał się również dogonić Kolejarzowi, z którym zagra w najbliższą niedziele. Jasne wydaje się wiec, że dla gości te dwa najbliższe będą decydowały o losach całego sezonu. 

Piłkarskie modele obu zespołu są dość zbliżone do siebie. W bramce po przeciwnych stronach dwóch rosłych bramkarzy. W tyłach kilku doświadczonych graczy, a w ofensywie nieco młodsi. Potencjał defensywny (obie drużyny straciły najmniej bramek) jak i siła ofensywna u jednych i drugich jest dość podobna. Troszkę inaczej jest, gdy sporzy się w metryki zawodników. Wiek na tym poziomie jednak znaczącej roli nie odgrywa i tutaj kontra w kierunku tych wszystkich, którzy od dłuższego czasu zarzucali Koniczynce, że jest zespołem złożonym głównie z dziadków i misiów. Daj Boże aby większość zespołów, które w ten sposób oceniały ekipę z Ocic miały w swoich szeregach takiego dziadka jak Michał Kozłowski, czy takiego sprytnego misia jak Marcin Ordon.

Gra Koniczynki wiosną znacznie lepiej wyglądała, gdy w środku pola mecze rozgrywał Michał Kozłowski. W tak ważnym i istotnym spotkaniu nie mogło go przecież zabraknąć. Doświadczenie jego, jak i Mariusza Łukawskiego dzisiaj może mieć również niebagatelne znaczenie dla losów tej rywalizacji. Atutem gości z kolei będzie nie tylko linia obronna, ale przede wszystkim najskuteczniejszy tej wiosny Dawid Kawęcki, który na swoim koncie w tej rundzie zgromadził już 14 goli. To właśnie na niego będzie dzisiaj musiał uważać blok defensywny gospodarzy, który nie zawsze spisywał się pewnie. Przytrafiały się momenty dekoncentracji, jak choćby ten z Wolą, gdy już pierwsza akcja zakończyła się bramką z rzutu karnego. W grze o ligowy tron i nie tylko na podobne błędy zespół z Ocic dzisiaj pozwolić sobie nie może.

Komplet punktów dzisiaj jest na wagę złota. Zwycięstwo dla jednej z drużyn oznaczało będzie wjazd na piłkarską autostradę do A klasy. Nie przypuszczam aby któraś z drużyn po wygranej w takim meczu mogła stracić swoją wypracowaną przewagę. Jednym i drugim sprzyjać będzie na koniec układ gier. Znacznie bardziej muszą się martwić w Knapach i Żupawie. Dla obu tych drużyn wymarzonym wynikiem dzisiaj z pewnością byłby pewnie remis. Ci drudzy jednak na koniec rozrywek mogą rozdawać karty. Wiosną grają najlepiej, a przed sobą mają jeszcze mecze z Kolejarzem i właśnie Koniczynką, która na razie jest najbliżej upragnionego celu.

Całe szczęście, że moja pozycja w całym tym ligowym zamieszaniu jest akurat najkorzystniejsza z możliwych. Przed 16 pod słonecznym niebem zasiądę sobie wygodnie na trybunie z nadzieją, że gracze obu drużyn zagrają na swoim najwyższym ligowym poziomie. Jeśli tak się stanie to dzisiaj obejrzę naprawdę dobre widowisko dwóch do tej pory najlepszych drużyn klasy A. Jako że remisy w tej klasie rozgrywkowej są rzadkością to na sam koniec napiszę krótkie i dość powszechne w takich meczach zdanie – po prostu niech wygra lepszy.

03:08, dante1002
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 czerwca 2015

Zdjęcie - Barbara Szczepanek 

Zanim rozpoczęła się runda rewanżowa w klasie B większość osób zdawała sobie sprawę z tego, że tegoroczne rozgrywki mogą być wyjątkowo ciekawe i emocjonujące. Najciekawsze od wielu, wielu sezonów. Wszystko oczywiście za sprawą szerokiego grona zespołów walczących o awans i dzielących ich niewielkich różnic punktowych. Po niedzielnej kolejce śmiało można stwierdzić, że przypuszczenia okazały się trafne. Na cztery kolejki przed końcem sezonu w B klasie wciąż nie wiadomo, gdzie można mrozić szampany lub też przesunąć wakacyjne plany ze względu na ewentualne baraże.

Jeden z przodu, zero z tyłu 

Najbardziej istotne wydarzenia dla układu ligowej tabeli w niedzielę miały miejsce w Knapach i Żabnie. To właśnie tam doszło do dwóch najciekawiej zapowiadających się spotkań 22 serii kier w B klasie. Liderującą i kroczącą od zwycięstwa do zwycięstwa wiosną Koniczynkę podejmował rozpędzony i nie rezygnujący z walki o awans Kolejarz. Do Żabna z kolei udała się niepokonana na obcych boiskach Iskra Sobów. Dla gospodarzy było to niezwykle ważne spotkanie w perspektywie z dwóch powodów. Pierwszym była wyjazdowa niemoc, która wiosną stała się prawdziwą zmorą zespołu Tomasza Krasonia. Drugim powodem była perspektywa kolejnych, arcyważnych potyczek, które czekają Żabno już na samym początku czerwca.

Przewaga 5 punktów wypracowana przez Koniczynkę jeszcze przed niedzielną serią gier była tą najwyższą, jaką udało się liderowi osiągnąć w tym sezonie. Z jednej strony kapitał dość solidny, ale też nie gwarantujący niczego, o czym zresztą zespół z Ocic się przekonał. Spotkanie w Knapach, jak na szlagier przystało miało dość wyrównany przebieg. Obie drużyny stworzyły sobie kilka sytuacji do zdobycia bramki. Bardzo bliski szczęścia był Piotr Drzewiński, którego piekielnie mocny strzał z woleja sprawił, że poprzeczka jednej z bramek w Knapach pewnie trzęsie się do dziś. Zaraz po tej akcji z bramki cieszyli się miejscowi, których na prowadzenie wyprowadził pozyskany zimą z Płomienia Chmielów Kamil Czernik. Gol napastnika Kolejarza okazał się decydujący dla losów niedzielnego spotkania, które gospodarze rozstrzygnęli na swoją korzyść wygrywając 1-0.

Dla samego Czernika bramka z Koniczynką była trzecią zdobytą w tym sezonie. Nowy napastnik Kolejarza wiosną do bramki rywali trafiał sporadycznie, ale jak już to robił to przeważnie jego gole miały decydujący wpływ na losy meczu. Były zawodnik Płomienia Chmielów na tarnobrzeskie drużyny tej wiosny znalazł patent. To właśnie jego trafienie w ostatniej akcji meczu dało komplet punktów Kolejarzowi na inaugurację ze Wspólnotą. W niedzielnym meczu jego bramka okazała się równie cenna, bo sprawiła, że zespół Adama Durlaka wciąż pozostaje w grze o bezpośredni awans do klasy A.

Po niedzielnym spotkaniu wszystko wskazuje na to, że na barki Czernika spadnie obowiązek zdobywania bramek do końca sezonu. Rysą na zwycięstwie niebieskich była feralna 90 minuta, w której kontuzji doznał Kamil Polek. Najskuteczniejszego zawodnika Kolejarza może zabraknąć w decydujących spotkaniach tego sezonu. - Kamil to twardy i bardzo ambitny chłopak. Zobaczymy co tak naprawdę przyniosą nam najbliższe dni, ale wiele wskazuje na to, że naszego najlepszego strzelca może zabraknąć już do końca sezonu – ocenili po spotkaniu zawodnicy z Knapów, dla których runda wiosenna układa się do tej pory znakomicie. 8 wygranych ligowych spotkań w tym roku sprawiło, że Kolejarz obok Żupawy jest najlepszym zespołem rundy rewanżowej.

Zakończona passa 

Każda ligowa seria ma to do siebie, że kiedyś następuje jej kres. Liderująca Koniczynka po raz ostatni w lidze poległa na inaugurację sezonu w Zakrzowie. Od tamtej pory zespół z Ocic nie przegrał 20 ligowych spotkań z rzędu. Piękna passa meczów bez porażki dobiegła końca w Knapach. Podobny los spotkał w niedzielę zawodników Iskry Sobów, którzy w tym sezonie na obcych boiskach nie znaleźli jeszcze pogromcy. Do czasu. W Żabnie grająca bez zmienników Iskra nie miała nic do powiedzenia. Gospodarze tarnobrzeskiemu zespołowi zaaplikowali cztery bramki, nie tracąc przy tym żadnego. Dwie z nich były autorstwa Dawida Kawęckiego, który z 18 bramkami (14 wiosną) stał się najskuteczniejszym strzelcem ligi.

Egzamin ligowej dojrzałości

Nie zwalniają tempa gracze z Żupawy, którzy urządzili sobie w niedzielę prawdziwy trening strzelecki. Okazała wygrana 6-0 z najsłabszym zespołem ligi była dla rewelacji tegorocznych rozgrywek 8 zwycięstwem z rzędu. Rozpędzona Żupawa, która wciąż może realnie myśleć o barażach wkracza w decydującą fazę rozgrywek. Pierwszą, poważną weryfikacją siły czwartego zespołu ligi będzie najbliższy pojedynek z Krzątce. Gospodarze czwartkowego spotkania, którzy rozczarowywali jesienią w tym roku prezentują się już znacznie lepiej. Jedyna porażka, jaką Krzątka poniosła na własnym obiekcie miała miejsce blisko miesiąc temu w obecności lidera rozgrywek. Pozostałe pojedynki podopieczni Wiesława Radzimowskiego kończyli na swoją korzyść.

Sprzyjający terminarz

O tym, jak duże znaczenie ma atut własnego boiska w klasie B nikogo nie trzeba przekonywać. Jeszcze przed rozpoczęciem rundy rewanżowej w najkorzystniejszym położeniu, jeśli chodzi o terminarz znajdowała się Koniczynka. Drużynie z Ocic jedyne spotkanie, jakie przyszło grać wiosną z bezpośrednim rywalem w walce o awans miało miejsce w niedzielę. W czerwcu zespół Mariusza Łukawskiego z najgroźniejszymi rywalami (Żabno i Żupawa) mierzył się będzie na własnym obiekcie, który w tym sezonie jest prawdziwą twierdzą nie do zdobycia. Większych problemów z wywalczeniem kompletu punktów Koniczynka nie powinna mieć w starciach z Płomieniem oraz Wspólnotą.

Dla zespołu z Żabna ten tydzień będzie najważniejszy, jeśli chodzi o cały sezon. Najwięcej będzie zależało oczywiście od czwartkowego starcia w Ocicach. Później zespół Tomasza Krasonia czekać będą dwa mecze na własnym boisku (Kolejarz i Błękitni), gdzie do tej pory jedyny punkt udało się wywalczyć liderowi. Swoje ostatnie ligowe spotkanie Żabno rozegra w Chmielowie.

Czerwcowy terminarz gier nie jest na pewno sprzymierzeńcem zespołów z Żupawy i Knapów. Obie drużyny na koniec tego sezonu spotkają się ze sobą. Zanim jednak dojdzie do tego pojedynku Żupawę czeka prawdziwa ligowa weryfikacja na obcych boiskach w Krzątce i Ocicach. Teoretycznie najłatwiejszym przeciwnikiem dla rewelacji tegorocznych rozgrywek powinna być Iskra Sobów, której miejsce wiosną zajęła właśnie Żupawa. Kolejarz swoje najtrudniejsze mecze będzie rozgrywał w delegacjach. Teoretycznie dużo łatwiej powinno być u siebie w starciach z Błękitnymi oraz Płomieniem.

KONICZYNKA OCICE - (4.06 - Żabno, 7.06 - Płomień, 14.06 - Żupawa, 21.06 - Wspólnota)

LZS ŻABNO  - (4.06 - Koniczynka, 7.06 - Kolejarz, 14.06 - Błękitni, 21.06 - Płomień)

KOLEJARZ KNAPY - (4.06 - Błękitni, 7.06 - Żabno, 14.06 - Płomień, 21.06 - Żupawa)

KS ŻUPAWA - (4.06 - Krzątka, 7.06 - Iskra, 14.06 - Koniczynka, 21.06 - Kolejarz)

02:48, dante1002
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 czerwca 2015

Zdjęcie - Grzegorz Lipiec

Dobiegł końca wyjątkowy miesiąc. Maj 2015 zostanie już na wieki zapisany w annałach tenisa stołowego. Wszystko za sprawą piszących piękną historię zawodniczek KTS SPAR Zamek Tarnobrzeg, które do swojej tradycyjnej mistrzowskiej korony w kraju dołożyły coś wielkiego, wyjątkowego i szczególnego. Coś, na co Tarnobrzeg i cały polski tenis stołowy czekał wiele długich lat. Upragniony i tak długo wyczekiwany w Tarnobrzegu Puchar ETTU od piątku należy do Zbigniewa Nęcka i jego drużyny.

Na ten dzień tarnobrzeski zespół czekać musiał bardzo długo. Wielka europejska przygoda tenisa stołowego w Tarnobrzegu swój początek miała blisko 16 lat temu, gdy w finale tenisowa drużyna jeszcze pod szyldem Siarki dotarła do finału Pucharu Europy. Wówczas lepsza dwukrotnie okazała się legendarna Statisztika. 9 lat później pucharowe wspomnienia z wielkiego finału ponownie wróciły do tarnobrzeskiej hali. Wówczas KTS mierzył się z rosyjskim potentatem z Władywostoku. Puchar ETTU był dosłownie na wyciągnięcie ręki. Do pełni szczecią zabrakło jedynie lepszego bilansu setów. W kolejnych latach finałowe starcia w tych rozgrywkach padały już łupem dużo lepszych zawodniczek z Cartageny oraz tureckiego Fenerbahce.

Cztery podejścia po Puchar ETTU i cztery porażki. Łącznie pięć finałowych prób do zdobycia europejskiego pucharu, które z reguły kończyły się tak samo. W piątek miało być zupełnie inaczej niż do tej pory. Wszystko za sprawą wyjazdowego zwycięstwa (3-1) w pierwszym meczu finałowym z francuskim Metz. Do upragnionego historycznego triumfu potrzeba było dwóch wygranych pojedynków indywidualnych. Tarnobrzeski zespół mecz rozpoczął od wygranej. Han Ying nie miała problemów aby rozprawić się ze swoją rywalką. Później do głosu doszły rywalki, które w meczu wyszły na prowadzenie. KTS tego wieczora miał jednak w swoich szeregach zawodniczkę, która zrobiła różnicę. Han Ying w pełnej zwrotów akcji partii pokonała swoją koleżankę z reprezentacji Niemiec Wu Jiaduo i stało się jasne, że upragniony Puchar ETTU trafi w ręce Zbigniewa Nęcka i jego zespołu.

Piękne, pucharowe dzieło na koniec wygraną zwieńczyła Renata Stribikova, dla której ten sezon był ostatnim spędzonym w Tarnobrzegu. Niezwykle sympatyczna, czeska tenisistka barwy tarnobrzeskiego klubu reprezentowała przez 5 lat. Przez ten okres święciła ze swoim zespołem sporo wyjątkowych chwil, ale dopiero ten ostatni sezon, który właśnie dobiegł końca okazał się dla niej tym najbardziej udanym i wyjątkowym. – Jest czas czasami coś zmienić. Jestem trochę już babcia i wracam do Czech – podsumowała swoją przygodę w KTS jedna z najlepszych czeskich tenisistek na przestrzeni XXI wieku. 

Największy sukces polskiego klubowego ping-ponga niebyły możliwy w Tarnobrzegu bez Zbigniewa Nęcka. Twórca sukcesów tarnobrzeskiego tenisa stołowego po raz pierwszy w tym mieście pojawił się w 1987 roku. Już wtedy, jako młody i ambitny trener oświadczył ówczesnemu prezesowi Siarki Antoniemu Jakubowiczowi, że chce w Tarnobrzegu stworzyć zespół, który w przeciągu kilku lat sięgnie po mistrzostwo Polski. Słowa dotrzymał. Trenerski rozsądek i ogromna charyzma Nęcka połączona z odpowiednią ilością funduszy pozwoliła mu stworzyć prawdziwego ligowego hegemona, który w kraju dzieli i rządzi już od blisko ćwierć wieku.

Zanim jednak doszło do finałowego starcia w Pucharze ETTU zespół KTS po raz 24 w historii zapewnił sobie tytuł mistrzowski w krajowych rozgrywkach. Dla Zbigniewa Nęcka i jego drużyny złote medale w lidze były po prostu zawodowym obowiązkiem. Mistrzynie Polski bez większych problemów w finale pokonały SKTS Sochaczew 3-0 kończąc całe rozgrywki bez żadnej porażki.

Wielki triumf tarnobrzeskich tenisistek z pewnością nie jest ostatnim sukcesem na jaki można liczyć w najbliższym czasie. Znając możliwości samych zawodniczek oraz charakter trenera w kolejnych latach również możemy spodziewać się kolejnego pasma sukcesów i to nie tylko na krajowym podwórku. Niespełnione marzenie Zbigniewa Nęcka po wielu, wielu latach wreszcie się ziściło. Czyżby nadchodziła teraz kolej na elitarne rozgrywki Ligi Mistrzów, które w tym sezonie wyznaczyły drogę do Pucharu ETTU tarnobrzeskiej drużynie?

03:16, dante1002
Link Dodaj komentarz »